czwartek, 11 kwietnia 2013

Rozdział 78 "Mokry optymizm"


Dostałam propozycję, by pisać o Bleach'u. Czemu piszę tu o tym? Kazano mi -,-'.
Tak więc tłumaczę: Nie piszę o Bleach'u ponieważ nie mogłabym zrobić tego w ten sam sposób jak tu: nie naruszając fabuły mangi... Czemu? To wygląda tak: Shinigami próbują coś zrobić, ponoszą ofiary, wszystko się sypie, wkracza Ichigo i sam wszystkich ratuje. Postać poboczna? Kompletna fajtłapa, która zostaje niezauważona(to byłoby ciekawe?) i zawsze dostaje w skórę nim przybywa Ichi, zazdrości mu i czuje się przez cały czas niedoceniana lub ktoś kto nic nie wie i próbuje coś odkryć. Nie mając "daru widzenia" nie da się. Cały czas, by latała i nic, by z tego nie wyszło. Gdyby coś widziała? Musiałaby do nich dotrzeć, odrzuciliby ją. Gdyby przyjęli naruszyłabym mangę, bowiem pewnie musiała się zaprzyjaźnić z Ichigo i resztą. Inoue mogłaby być zazdrosna... Bohaterka na pewno, by się wmieszała w akcję... Musiałabym kompletnie zejść. Bleach nie jest opowieścią, w której można wbić się w akcję nie naruszając całości... Nic nie mieszając, nie psując, nie plątając czy przez przypadek nie pokrzyżować wątku logicznego(albo nielogicznego) wydarzeń. A ja, tak jak tu, chciałabym wam przedstawić akcje nie z punktu widzenia głównego bohatera, a pobocznej postaci... Pokazać, że to co się dzieje nie oddziałowuje tylko na główną postać... Są różne punkty widzenia... Bleach nie jest odpowiednią mangą... Bohaterka mogłaby być Arrancarem... Słabym... Chowającym się? Nie ten styl... Nie ten gatunek... Zresztą puści i ich mutację są zwykle zdominowani przez jakąś ideę, prawda? Szaleństwo, nihilizm(Grimma, Ulquiorra-> <3)... Wyłamanie sie ze schematu? Shinigami w końcu i tego stworka, by dorwali. Jak nie oni to Ichigo. Jak zostało pokazane na przykładzie brata Inoue nie ma powrotu. Nawet jeśli pusty na chwilę odzyska świadomość i tak znika... Nie widzę rozwiązania. Zrobić akcje poruszającą przeszłość? Naruszę pewnie watek logiczny, bo autor w tej chwili wraca do młodości ich rodziców... Przyszłość? Nie wiadomo co się wydarzy i jak to wszystko zmieni. Zresztą jeśli już będzie spokojnie... To tylko walki z pustymi. Nic specjalnego. Autor mangi dał już tam tyle ras, że... nie warto mieszać... A Ichigo jako taki "super hero" i tak, by się cały czas wtrącał... Nie da się go usunąć, trudno wyobrazić sobie kogoś silniejszego od mieszańca, który pojawia się zawsze, gdy coś się dzieje. Mogłabym napisać romansidło... Widzicie sens? :3
________
W jednym z wielu domów znalazłam piwnicę, a tam mnóstwo broni. Nic dziwnego, że tam była. Takiego zbioru nie szło, ot tak, przetransportować... Do tego wiele z nich było powykrzywianych... Widocznie wiele przeszły i ktoś postawił na nowe twierdząc, że te mu się nie przydadzą. Podziękowałabym za tą decyzję, bo większość broni nadawała się do użycia. Rozejrzałam się dookoła. W gruncie rzeczy tu mogłabym czekać, aż mnie znajdzie. Na dworze pada deszcz, więc moje ogniste techniki stają się mniej skuteczne, moja energia jest wyciszona, więc... Musi mieć szczęście, by mnie złapać. Gdy on będzie biegał za mną lub Uchihą ja sobie tu spokojnie przeczekam.Po co się męczyć? Usiadłam przy ścianie i oparłam o nią głowę patrząc w sufit. Właśnie. Nie powinnam się była męczyć. Przymknęłam oczy.
~~
-Księżniczko? Ai-Hime!-Zaśmiałam się w duchu słysząc wołanie. Przylgnęłam do drzewa próbując uspokoić oddech i się nie roześmiać. Goń mnie, goń.-Bu.-Wrzasnęłam tak, że ptaki zerwały się z drzew, gdy nagle pojawił się obok mnie. Z wrażenia odskoczyłam w bok i potknęłam się o korzeń. A on? Zaczął się bezczelnie śmiać. I to jak! W głos! I nie przestawał! Nic nie dawało moje srogie spojrzenie. Po chwili ze śmiechu chwycił się za brzuch i oparł o drzewo.
-To nie jest śmieszne!-Krzyknęłam w końcu z rozpaczą w głosie. Uspokoił się, spojrzał na mnie i znowu wybuchnął. Spuściłam głowę.-T-tak się śmiać z czyj-jegoś nieszczęśc-cia! J-jak możesz!-Śmiech ucichł, poczułam dotyk jego dłoni na twarzy, którą mi uniósł. Wydęłam lekko policzki,a  ten się uśmiechnął.
-Przepraszam, hime.-Przytulił mnie. Wtuliłam się w niego,a  ten ścisnął tak, że poczułam się zgniatana.
-P-puść, H-Hidan, um-mier-ram!-Wydusiłam z siebie, a ten rozluźnił i znów to zrobił. Prawie, że słyszałam odgłos łamanych kości.-H-Hidan!-Zaśmiał się w głos, a ja miałam ochotę walnąć go w tą srebrną łepetynę. Tak też zrobiłam. Spojrzał na mnie tymi swoimi fioletowymi oczami i zmiękłam. Ucałowałam go w czoło.
-Masz za swoje.-Wymruczałam jednak, a ten się wyszczerzył. Wiedziałam. Wiedziałam, ze go to wcale nie bolało. Odwróciłam wzrok udając obrażoną. Pogłaskał mnie po włosach. Uśmiechnęłam się do niego lekko, lecz przez dziwną myśl, która przebiegła mi po głowie posmutniałam.
-Co się dzieje?-Wyczuł, że tym razem nie udaję.
-Będziesz zawsze przy mnie, prawda?-Spytałam cicho.-Ty i reszta... Sasori, Itachi, Kisame, liderek... Będziecie?-Spojrzałam mu w oczy, a ten zamrugał i odwrócił wzrok.
-Nie patrz tak na mnie.
-Przepraszam.-Spuściłam wzrok i poczułam jak kładzie mi dłoń n głowie.
-Jasne, że będziemy.-Odezwał się po chwili, a ja się przysunęłam i go przytuliłam.
-Zawsze?
-Zawsze, księżniczko, zawsze.-Podniósł mnie i przytulił. Wtuliłam się w niego obejmując za szyję. Spojrzałam w drzewa i zobaczyłam czerwony błysk. Powinnam iść na trening.-W życiu nie porzuciłbym takiego słodziaka.-Zdziwiłam się lekko tym zdaniem, lecz tylko cicho westchnęłam. Itachi poczeka tą chwilkę. Zamknęłam oczy.
~~
Przez chwilę trzymałam powieki przymknięte, lecz w końcu zimno wygrało. Otworzyłam oczy i się podniosłam. Wolałam być otoczona ciepłem snu. Ciepło nieświadomości. Ciepło wspomnień. Przeciągnęłam się i usłyszałam jak strzykają mi kości. Nie znalazł mnie. Może porzucił pomysł? Zadrżałam gwałtownie. Spanie na zimnym kamieniu. Tak, to był bardzo zły pomysł... Choć nawet nie pamiętam, kiedy zasnęłam. Pewnie to przez tą jego truciznę. Potarłam ramiona. Zimno, zimno, zimno... Byłam ciekawa czy deszcz przestał padać, jak tam wojna. Chciałabym, by nastąpił już koniec. Niech będzie co będzie, lecz niech to się wszystko skończy. Chciałabym znów zobaczyć słońce. Spojrzałam na broń. Nie, nie prawda. Słonce nic mi nie da. Chciałabym cofnąć czas do momentów, gdy słońce nie było mi do szczęścia potrzebne. Gdy miałam własne, prywatne słońca wokół mnie. Gdy, by poczuć ciepło nie potrzebowałam kocu czy ognia... Gdy wystarczyły ramiona, dłoń... Gdy odcięta od świata, w lesie bawiłam się... Takie... Takie małe niebo na ziemi. Choć czy biorąc pod uwagę, że byli to przestępcy nie powinno to być piekielne ciepło? Piekło, niebo... Z nimi szczęście. Spojrzałam w sufit. Umrę tu. Umrę z nudów... Choć wcześniej zamarznę. Dotknęłam brzucha. "Jak się tam masz? Jak się czujesz? Jesteś głodny? Ja troszkę. Mam nadzieję, że w środku nie jest ci zimno."
~~
Słuchając opowieści patrzyłem na Uchihę. Widziałem jak odleciał, gdy poczuliśmy tą energię. Widziałem w jego oczach, jego zachowaniu. Znałem go. Nie tak dobrze jak Naruto, lecz jak każdego mieszkańca Konohy. Blisko poznałem także Itachiego. Ciekawiła mnie kobieta, którą powinien się po nim zaopiekować. Człowiek, który nie mógł zabić jedynie własnego brata mógł zatroszczyć się jeszcze o kogoś? Choć przemknęło mi to przez głowę odrzuciłem myśl, by była to jakaś ich krewna. Wiedziałem dokąd Uchiha się udał. Tam mógł spotkać jedynie przestępców i wyrzutków. Kobieta z takiego środowiska nie powinna tu wkraczać. Sasuke powinien sam podjąć decyzję, a dziewczyna trzymająca za Madarą na pewno nam nie pomoże. Bo z kim innym mógłby walczyć Masaru? Spojrzałem na resztę. Choć wydawali się zaciekawieni opowieścią któryś z nich od czasu do czasu zerkał po sali, a potem gdzieś poza nas. Znali ją. Powiązania z Akatsuki i Orochimaru, który po wyczuciu jej widocznie się ożywił i raz po raz oblizywał usta, to nie była dobra mieszanka. Jeśli moje podejrzenia co do niej są prawdziwe to lepiej, by tu nie docierała. Spojrzałem na Sasuke. Ciekawe co ten chłopak zamierza. Konoha bała się klanu Uchiha i się go pozbyła. To chyba sprawiło, że wyrósł jej wróg jeszcze bardziej niebezpieczny. Czy moja decyzja wykopała nam grób?
~~
-Mam cię wreszcie.-Błyskawicznie odwróciłam się od zawartości szafki.-No i co się strachasz? Nic ci nie zrobię.-Patrzyłam na niego zdziwiona. W mojej głowie bardzo szybko pojawiły się pytania.
-Jak mnie znalazłeś i co ty tu robisz?-Zadałam dwa z nich.
-Pada deszcz.-Jego dłoń zmieniła się w małą fontannę.-Nie było trudno. Jestem klonem.-Uśmiechnął się szeroko ukazując swoje piranie kły.
-Ahm...-Nie podzielałam jego entuzjazmu.-Masz coś do picia lub jedzenia?-Spojrzałam na niego z nadzieją.-I jedzenia.-Poprawiłam się szybko, a ten podrapał się po karku. Na co ja liczyłam...
-Poczekaj chwilę, ok?-Skinęłam głową, a ten się rozprysnął. Uśmiechnęłam się lekko. To, że odszukał mnie akurat Suigetsu było dziwne, acz dodające otuchy. Był najbardziej wyluzowaną i nie sprawiającą morderczego wrażenia osobą z tych, które tu wyczuwałam i znałam. Po chwili wrócił z butelką wody i paroma jogurtami.
-Patrz co ludzie zostawiają.-Wyszczerzył się. No tak, żywność potrzebująca określonej temperatury, krótkoterminowa... Dziękuję! Ludzie, porzucajcie takich więcej. Wzięłam od niego łyżeczkę i po opłukaniu zabrałam się za jedzenie. Kubeczki jak i butelka zostały szybko opróżnione. Westchnęłam zadowolona i przyjrzałam się niebieskowłosemu.
-A właśnie... mógłbyś ukryć swoją chakrę?-Jego mina w tej chwili była bezcenna. Było to coś pomiędzy szokiem, zdziwieniem, a przerażeniem.
-ZAPOMNIAŁEM! Sasuke mnie zabije!-Chwycił się za głowę, a po chwili zamienił w kałużę, z której wystawała tylko część ramion i głowa. Podeszłam bliżej i dotknęłam jego włosów.
-Obronię cię.-Spojrzał na mnie i przeciągle westchnął.-A teraz ukryj chakrę i musimy znikać, bo dziadziuś tu jeszcze wleci. Jako klon wiele nie zdziałasz.-Nim zdążyłam się podnieść wrócił do normalnej postaci. Zdegustowana spojrzałam na niego z pozycji kucającej. Ciekawa sytuacja. Obdarzył mnie tym rybim uśmiechem. Cóż zrobić jak ludzie wokół nie myślą. Westchnęłam ciężko i wstałam. Wyszliśmy z kryjówki.
-Co tam u ciebie?-Zaczął jak gdyby nigdy nic. Gdy ja myślałam jak, by tu przemknąć niezauważona on szedł środkiem drogi i niczym się nie stresując przeciągał się. Zrezygnowałam ze swojego planu i po prostu poszłam za nim. Głupi klon. Głupi klon. Jak nas wypatrzy to ja dostanę.
-Żyję. Jeszcze.-Spojrzałam na niego wymownie, lecz nic sobie z tego nie robił. Irytujące. Nie rozumiesz, że masz zejść z drogi i znaleźć jakaś kryjówkę, a nie wystawiać się?! Idąc tak równie dobrze mógłbyś wziąć mikrofon i krzyknąć "Tu jestem"! Dodatkowo inwestując w wielobarwny świecący napis i racę! Żeby nie było wątpliwości! JESTEŚ WIDOCZNY! W ten sposób ukrycie energii nic nie daje! Chcesz się narażać?! Chcesz, żebym zginęła?!
-Wojna się skończy i pożyjesz jeszcze długo.-Odparł jak gdyby nigdy nic. On udaje czy naprawdę nie wie o co mi chodzi? Spuściłam głowę załamana.
-A co tam u was?
-Włóczymy się za Sasuke i bierzemy udział w jego szatańskich planach. Ot, taka norma. Na szczęście nie jest nudno.
-Ah...-Spojrzał na mnie i uniósł brew.
-A co ty taka pesymistyczna?
-MOŻE DLATEGO, ŻE IDZIESZ JAKBYŚ CHCIAŁ, BY NAS WYPATRZYLI I ZESTRZELILI JAK KACZKI?!
-Al...
-NIE MA ŻADNEGO "ALE"! CHCESZ, ŻEBYM ZGINĘŁA?! TY ZNIKNIESZ, A JA ZOSTANĘ W DESZCZU! DESZCZU! JA NIE UŻYWAM WODY!
-A...
-WYSTAWIASZ MNIE! NIE MA GDZIE SIĘ SCHOWAĆ!
-ALE!
-WGL. TO GDZIE TY MNIE PROWADZISZ, CO?!-Odetchnęłam, a cała irytacja ze mnie zeszła. Milczał przez chwilę ze skondensowaną miną. Cóż, wybuchnęłam nagle, bez ostrzeżenia. Miał prawo być zdziwionym.Nawet ja trochę byłam. Dość okrutnie się na nim wyżyłam... Poczułam się okropnie. Jak dziecko, które przemoc w rodzinie odreagowuje na niewinnych kolegach z podwórka.
-Ale?-Spróbował po chwili. Gdy nie odpowiedziałam odetchnął.-Ale wiesz, że jak krzyczysz to jeszcze bardziej się wystawiasz? Dźwięk sięga dalej niż wzrok.-Zawarczałam ostrzegawczo patrząc na niego spode łba, a ten drgnął i odsunął się szybko. Nie, nie czuję się winna. -Złość piękności szkodzi?-Nie zmieniając mimiki zrobiłam krok do przodu. Poczucie winy? Czemu miałabym odczuwać? Wręcz przeciwnie... Zasłużył sobie.-MYŚL O DZIECKU! O DZIECKU!-Zamknęłam oczy, wzięłam wdech i powoli wypuściłam powietrze. Bez nerwów.
-Gdzie mnie prowadzisz?-Rozejrzał się dookoła.
-Nie wiem.-Jego szczerość kompletnie mnie rozbroiła. Idzie pewny siebie jakby mnie prowadził, ja moknę, jest mi zimno, a ten... A ten... Nie wie. Ukryłam twarz w dłoniach. Za co? Dlaczego ja? Boże...
-Zaprowadź mnie do Sasuke.-Jęknęłam po chwili i na niego spojrzałam. Tak jak do mnie podszedł sprawdzając czy wszystko w porządku tak szybko znów się odsunął. Palec, który miał wyciągnięty jakby miał zamiar mnie stuknąć w ramię schował za siebie.
-Nie mogę.
-Czemu nie możesz?-Jęknęłam głośniej. Z kim ja muszę "pracować"! Pomyśleć, że przez chwilę cieszyłam się, że to akurat on!
-Jak cię wyczuliśmy Sasuke kazał zostawić was w spokoju.
-Ahm...-Wyraziłam swoja dezaprobatę na głos. No tak... Zostaw mnie na pastwę losu. Choć... W gruncie rzeczy pomógł mi już parę razy uwalniając to od Orochimaru to inaczej... Ile można robić za bohatera, co? Powinnam się już nauczyć nie wpadać w kłopoty, nie? Ale czy to moja wina, że kłopoty mnie kochają?!
-I chyba nie byłby zadowolony, gdybym cię przyprowadził...-Kontynuował z pewną niepewnością.
-Rozumiem. Schowajmy się.- Chciałam pociągnąć go za rękaw, lecz w mojej ręce została tylko woda. Zamknęłam oczy próbując zachować spokój.
-Tylko się nie zapal.-Miałam ochotę mu odwinąć. Odwrócić się i mu odwinąć. Jak można być tak wyluzowanym?!
-Jeszcze parę głupich żartów, a wyparujesz, wodnisiu.-Ostrzegłam i ruszyłam przed siebie. Trzeba coś znaleźć. Zadrżałam z zimna. Do moich oczu cisnęły się łzy. Nie chciałam płakać razem z niebem, lecz to wszystko sprawiało, że czułam się naprawdę żałośnie.
-Nie martw się, Aiko-san. Za niedługo wszystko się skończy.-Poklepał mnie po ramieniu.
-Pytanie czy dobrze czy źle.
-Świat nie może się skończyć póki nie zbiorę wszystkich mieczy.-Wyprzedził mnie i się do mnie wyszczerzył. Uśmiechnęłam się lekko. Chciałabym mieć w sobie tyle optymistycznej pewności. -Tu jest sucho!-Krzyknął po chwili zaglądając do któregoś z budynków. Szczelny dach... Weszłam za nim. Niestety nie było tu żadnych ubrań. Nic ciepłego... Nie było nawet głupiej chusteczki. Były za to nieprzeterminowane wafle ryżowe. Zawsze coś. Zeszliśmy do piwnicy. Nie zobaczy nas, gdy tylko zajrzy przez okno. Gorzej z tym, że było zimno. Przenieśliśmy parę poduszek i mogliśmy się oprzeć. W dziecinnym pokoju znalazłam karty. Mimo mroku nie było źle. Jedzenie, zajęcie... Oby to wszystko szybko się skończyło. Rozejrzałam się dookoła. Łzy nieba dotrą i pod ziemię zamieniając się w lód.
________


Musiałam.
<Naruto, rozdział 627 "Odpowiedź Sasuke"> Ah, pierwszy i jego fazy :D

niedziela, 31 marca 2013

Rozdział 77 "Szaraczek"

WESOŁEGO JAAAJKA!^^

Wesołego królika
Co po stole bryka,
Spokoju świętego
I czasu wolnego,
Życia zabawnego
W jaja bogatego
I w ogóle-
Wszystkiego najlepszego!
Mokrego dyngusa ;3

____
Biegnący ulicami lisek zwracał uwagę nielicznych wyglądających przez okna. Jak ruda błyskawica piszczący wniebogłosy maluch wbiegł do mieszkania.
-Co się...-Zaczęła joninka, lecz widząc zwierzę, które zaczęło biegać w kółko, a potem od niej do drzwi i z powrotem zamilkła rozumiejąc, że coś się stało.-Prowadź.-Nie trzeba było dwa razy powtarzać. Ssak odbiegał i wracał wskazując drogę do domu starca. Drzwi były otwarte, lecz w środku nikogo nie było. Mężczyzna i dziewczyna zniknęli i patrząc na wariującą rudą kulkę, a także wybite okno i inne ślady sprzeciwu można było się zorientować, iż zaginięcie było porwaniem. Kobieta zwołała zebranie, lecz ludzie byli przeciwni idei ruszenia z pomocą. Mieli tu być, opiekowali się dziećmi, a do tego to był wybór Masaru. Dziewczyna? Była obca, z Akatsuki i nie można było być jej pewnym, więc to może lepiej, że zniknęła. Kunoichi przegrała, a wieść musiała przekazać dwóm dziewczynkom i chłopczykowi, który stał razem z nimi. Decyzja wywołała sprzeciw dwóch głosów, lecz nic nie można było już zrobić. Kaito zauważył zniknięcie lisa, lecz Kurenai już nic nie powiedziała. Zdążyła związać się z dziewczyną. Będzie jej trochę brakować jej obecności i pomocy. Cóż, oby dziewczynki nie pozwoliły jej się nudzić. Gdy wróciła do domu weszła do pokoju swej czasowej podopiecznej. nic nie zostawiła, bo gdy tu przybyła nic nie posiadała. Prócz torby, którą zawsze i wszędzie nosiła ze sobą.
~~
-Hidan! Hidan!- Pobiegłam za mężczyzną, lecz ten już mnie usłyszał i się odwrócił. Mimo, iż nie chciałam, gdy tylko podbiegłam on wziął mnie w ramiona i zakręcił.
-Aj, puść, puść, puść!-Zaśmiałam się, bo miałam na sobie sukienkę i naprawdę nie miałam ochoty na to, by ktokolwiek zobaczył moja bieliznę. Nawet, gdyby był to ptaszek na drzewie. Zrobił o co prosiłam.
-Idziesz ze mną?-Pokręciłam przecząco głową.-Obiecałam zrobić Deidarze tort czekoladowy.
-Ma urodziny?-Zdziwił się srebrnowłosy.
-Nie, taka zachcianka, a ja i tak się nudzę.-Wzruszyłam ramionami.
-Dajesz się wykorzystywać, księżniczko.
-Oj tam, wcale nie.-Uśmiechnęłam się lekko zakłopotana.-Kupiłbyś mi coś? Proooooszę!-Trzymając go za ramię spojrzałam na niego proszącym, kocim wzrokiem.
-A co mi dasz w zamian?
-Tort!- Uśmiechnęłam się okazując ząbki. Po dodaniu paru detali do propozycji tortu zgodził się. Powiedziałam mu co ma kupić i wróciłam do kryjówki. Wchodząc do kuchni przeciągnęłam się zadowolona, lecz speszyłam, gdy zobaczyłam wzrok Uchihy, który pił herbatę.
-Dz-dzień dobry, sen-s-sei?-Wyjąkałam zarumieniona i przygładziłam sukienkę. Odpowiedział mi, a ja podeszłam do szafek. Krępowała mnie jego obecność w pomieszczeniu. Wyjęłam potrzebne składniki i narzędzia. W kuchni spędzę dużo czasu, więc nie miałabym nic przeciwko, gdyby pił szybciej. Westchnęłam w duchu ubijając jajka z cukrem. Zamyślona prawie krzyknęłam, gdy ktoś wsadził mi palec do miski.
-Uważaj, chcesz mieć palce w mikserze?!-Krzyknęłam na chłopaka zła. Jeden nieodpowiedni ruch i Kakazu musiałby go szyć.
-T-Tobi nie chciał, T-Tobi nie...-Spojrzałam na zamaskowanego zirytowana.
-Myśl co robisz!-Warknęłam i poczułam dłoń na ramieniu. Odwróciłam głowę i zobaczyłam jak Itachi sięga do miski.
-A won!-Poruszyłam ostrzegawczo mikserem, lecz ten zdjął rękę z mojego ramienia, przytrzymał narzędzie i i tak spróbował.
-Tobiemu smakuje!-Oświadczyła pomarańczka, lecz ja patrzyłam na minę Uchihy. Nic się nie zmieniła. Wyszedł, a ja zostałam nie wiedząc co o tym myśleć. Pokręciłam głową odrzucając to od siebie i wracając do przerwanej czynności. Mówiąc mask-manowi co ma robić zrobiłam z niego użytek i jeszcze większy bałagan niż ja bym zostawiła. Zaśmiałam się, gdy wziął łyżkę i zaczął udawać, że walczy z wyłączonym już mikserem. Położyłam mu dłoń na głowie i poczochrałam włosy.
-Oj, Tobi...
~~
Poczułam zimno i to ono zmusiło mnie do otworzenia oczu. Byłam zdezorientowana, lecz gdy spojrzałam na mężczyznę, który mnie niósł szybko sobie wszystko przypomniałam. Chciałam krzyknąć, by mnie puszczał, lecz usta miałam zakneblowane. Nie mogłam ruszać rękami i nogami, bo byłam związana. Jedyne co mi pozostało to szamotanie się, lecz to nie przyniosłoby żadnych rezultatów. Do tego mógłby się zdenerwować, a to nie byłoby dla mnie za dobre. Zrezygnowałam z walki, a ten widząc, że się obudziłam i nie walczę tylko się uśmiechnął. Nie wygrałeś, dziadku. Z Uchihą nic, a nic nie ugrasz. Zginiesz. Myślami wróciłam do swojego snu. To były takie beztroskie czasy. Nieświadomość. Cóż, czym mniej wiesz tym lepiej śpisz. Ciekawość doprowadziła mnie, aż za daleko. Doprowadziła wszystkich. Spojrzałam w niebo. Szare, smutne... Nie jest wesoło, co? Zamknęłam oczy. Koniec już blisko.
-Nie zginiesz. Dobrze to rozegram, on nie da ci zginąć.-Spojrzałam na mężczyznę. Nadzieja matką głupich. Dlaczego to robisz? Niby żyłeś z Uchihą w jednej wiosce, wiesz o wszystkich jego uczynkach... Jak możesz w to wierzyć, co? Uczepiłeś się pierwszej myśli jaka ci wpadła do głowy i nawet jej rozsądnie nie rozważyłeś. Spójrz na realia! Nie jestem dla niego nikim ważnym! Porzucił wszystko, przyjaciół, by gonić za zemstą! Gdy czegoś chce nic go nie powstrzyma przed osiągnięciem tego! To monomianiak! Niech mnie pan posłucha... 
-Yyyyy!-Próbowałam zwrócić jego uwagę, lecz kazał mi się uciszyć. Po paru chwilach zrezygnowałam. Denerwował się, lecz nie chciał dać za wygraną. Westchnęłam w duchu i mu się przyjrzałam. Nie zastanawiałam się nad tym wcześniej, lecz skąd on wiedział, że to dziecko jest z rodu Uchihów?! Nie mówiliśmy o tym... Zawarczałam próbując zwrócić jakoś jego uwagę, a ten mnie lekko uderzył. Poczułam się jak zwierzak, który mimo kagańca próbuje dać o sobie znak i tylko za to dostaje... Cóż, sytuacja identyczna. "Chce do domu" przeleciało mi przez głowę. "Nagato-san!" Zamknęłam oczy. Kiedyś, nawet, gdy się gdzieś zgubiłam, po jakimś czasie słyszałam jego głos w głowie. Krzyk lub instrukcja jak wrócić. Gdzie się schować... W obecnej chwili nie mogłam na to liczyć. Nie miałam już osoby, która, by mnie chroniła. Zaczęłam się gwałtownie szamotać. "Puść mnie! Puść! Puszczaj!" Puścił moje nogi i uderzył mnie w twarz... I znów wziął na ręce. W chwili, gdy wcześniej chciałam się z nim dogadać, przemówić do rozumu teraz to zniknęło. Nikt. Nie będzie. Mnie. Bił. Spokojnie poruszyłam nadgarstkami. Przymknęłam oczy czując ciepło. Po chwili poczułam jak linki się zsuwają. Bez wahania się wyrwałam rozrywając liny, które naruszył ogień. Moją dłoń otoczyły płomienie. Mężczyzna zdziwiony się cofnął, lecz szybko odzyskał panowanie nad sobą.
-Wiedziałem, że nie jesteś normalna.
-Wiec nie powinieneś się dziwić.-Mruknęłam i pobiegłam, by zaatakować. Niestety on dotknął dłonią ziemi, a ta poruszyła się i wywindowało go do góry. Zatrzymałam się i skoczyłam, on zeskoczył. Teraz uciekasz? O nie.. Złożyłam dłonie i nabrałam powietrza.
-Katon!  Gōkakyū no Jutsu!- W stronę mojego przeciwnika poszybowała kula ognia, którą jednak z łatwością uniknął tworząc ścianę ze skały. Zeskoczyłam  na tą ścianę. Biegł.
-Katon! Gōryūka no Jutsu!-Wysłałąm w jego stronę głowę smoka.
-Doton! Dosekiryū!-Stwór ze skały zneutralizował atak mojego "pupila". Ja się schowałam za ścianą, bo siła z jaką na siebie natarły sprawiła, iż teren wokół został prawie, że zrównany z ziemią. Gdy to sie skończyło wskoczyłam na jedną z wyższych kolumn. Drań znikł. Obróciłam się. Konoha. Opustoszała. A ja nie wiem jak wrócić i nie wiem gdzie iść. Chyba powinnam znaleźć jakieś schronienie... Choć w gruncie rzeczy schronienie nic mi nie da. Dziadek może mnie znaleźć i gdybym spałą mógłby zaatakować. Poczułam się jak zwierzyna. Łowca poszedł zregenerować siły i obmyślić plan. A ja na tym terenie byłam jak królik na otwartej polanie. Nie znałam tego miejsca, on owszem. Spojrzałam w szare niebo. Będzie padać... Ogień w deszczy za wiele nie zdziała. Używał technik powiązanych z ziemią. Błoto. No to po mnie. Westchnęłam cicho, gdy kropla wody spadła na moje czoło i po nim spłynęła. Może znajdę jakąś broń... Przecież nawet szaraczek może ujść z życiem w konfrontacji z właścicielem ogródka i jego strzelbą. Trzeba po prostu szybko uciekać, dotrzeć do dziury w płocie, przez krzaki i do dziury... czy tam lasu. Obróciłam się. Wyczuwałam chakrę nie tylko dziadka. Chakra Uchihy, Orochimaru, Suigetsu, Jugo, a także nieznane były dość wyraźne. Przy odrobinie szczęścia Masaru zrezygnuje z króliczej przynęty. Wyczuwając większą zdobycz psy porzucają szaraka i biegną po smaczniejszy kąsek, prawda? Schowam się w dziurze i poczekam na koniec polowania. By złapać rybę nie trzeba mieć robaka czy błyskotki. Czasem wystarczy kawałek chleba... I trochę szczęścia. Tak, sofu*, szczęście. Będziesz potrzebował go naprawdę mnóstwo. Spojrzałam na swoja dłoń. Znaki ognia powoli już znikały. Miałam się ukrywać, a nie eksponować umiejętności... Choć może z racji tego, iż potem używałam już normalnych technik nie będzie źle. Nie powinien puścić pary z ust. Nie ma komu, nie ma po co. Uzna, że to jakaś dziwna sztuczka, nieznana mu technika. Choć... Jak znam ten świat to może istnieją techniki, które pozwalają dotykać się nie tylko ognistą chakrą, a żywym ogniem. Zresztą wątpliwe, by potrafił to z czymś powiązać. Nikt nie wiedział. Uzna, że albo ktoś na mnie eksperymentował albo mam kekkei genkai. Uśmiechnęłam się sama do siebie wchodząc do jednego z domów. Tak, bardzo możliwe. W gruncie rzeczy to było jak kekkei genkai. Spojrzałam smutno za okno. Muszę kontrolować emocje.
~~
Słuchałem opowieści pierwszego Hokage, gdy poczułem znaną mi energię. Przed moimi oczyma jak żywa stanęła sylwetka kobiety, która kazała sobie rozwiązać pas obi. Ta sama kobieta walczyła ze mną pochłonięta ogniem, który zwęglił jej szatę. Ogień, który naznaczył jej ciało znakami i barwą. Jej obraz po chwili został zastąpiony przez otoczonej przez płatki wiśni maiko. Jej sylwetkę po chwili pożarł ogień, kwiaty stały się płomieniami. Ubranie, choć w ogniu nie zostało spopielone. Jej skóra jakby nie odczuwała temperatury. Spojrzała na mnie i wyciągnęła dłoń.
-Katon Kana...- Zaśpiewała słodkim głosem, a zielone oczy, w których igrały płomienie sprawiały, że przestawałem myśleć. Poczułem żar. 
-Sasuke-kun.-Do mojego umysłu wkradł się głos Orochimaru. Dziewczyna obdarzyła mnie smutnym uśmiechem, a płomienie zamieniły się w dym. Zniknęła. Róża została spalona.-Czujesz to? Aiko-san z kimś walczyła.-Tak, też to czułem. Krótko po czym tamten szybko się oddalił. Co oni tu robią? Na czas wojny powinna była się schować. Ktoś ją złapie i od razu zabije. Albo znów trafi w ręce Madary. Czy ta głupia dziewczyna nie rozumie, że akurat teraz powinna się zapaść pod ziemię i nie wychodzić do zakończenia tej historii? Poczułem na sobie zaniepokojone spojrzenie Suigetsu i Jugo.
-Może trzeba jej poszukać.- Hashirama przerwał swoją opowieść. Wszystkie spojrzenia skupiły się na mnie.
-Zostawcie.
-Czyż nie powinieneś wysłać kolegów na pomoc przyjaciółce?-Zasugerował kage.
-Uchiha nie wiedzą co to przyjaźń.-Sprzeciwił się jego brat.
-Sasuke-kun, to przecież Aiko-san, może potrzebować pomocy.
-A od kiedy ty taki troskliwy, Orochimaru?
-To Kana. Warto mieć ją po swojej stronie. Zresztą jeśli ofiarujemy jej pomoc może się jakoś odwdzięczyć.-Oblizał się.
-Orochimaru, od kiedy interesują cie młode dziewczyny?-Odezwał się Sarutobi.
-Za dużo czasu spędziłem z tobą i Jirayą, sensei.-Początek ich kłótni przerwał śmiech pierwszego.
-Miło byłoby poznać osobę o którą tak się sprzeczacie.-Powiedział Czwarty. Widać było, że łatwo porozumie się z pierwszym. Podobne charaktery. Obaj swoją beztroska przypominali mi Naruto.
-Pada deszcz, szybko ją znajdę.-Zaproponował Hozuki.
-Mamy mało czasu.-Zwrócił uwagę Tobirama. Tym razem się z nim zgadzałem.
-Zostawcie ją. Kontynuujmy opowieść.-Głosy ucichły.
-Sasuke-kun, czy nie sądzisz, że po Itachim to ty powinieneś się nią zająć?-Zasugerował Orochimaru, a Trzeci wyraźnie się zainteresował.
-Dość. Kontynuujmy.-Przerwałem nim zdążył się odezwać. Reakcje był różne. Jugo nie wiedział co zrobić. Był mi wierny, lecz chyba nie uważał, bym postępował dobrze. Szanował moją decyzję, lecz niepewnie patrzył na Suigetsu, którego wzrok przeniósł się na wschodnią ścianę. Tam była. Na pewno. Pierwszy i Czwarty spojrzeli na siebie, a Trzeci mierzył wzrokiem Orochimaru, który uśmiechnął się do niego przebiegle.
-Dobrze, dobrze... Zostawmy naszą przyjaciółkę i jej wroga.-Powróciliśmy do opowieści.
~~
Przeczesywałam kolejny dom z kolei. Jedyne co znalazłam to trochę zepsutego ryżu i trzy kunai'e. Słabo. Zamknęłam na chwilę oczy. Uczucie rozgoryczenia i złości we mnie wzrastało. Moja osoba jak nic przyciąga kłopoty, pułapki i więzienia... Trudne sytuacje i zagrożenie. Zagryzłam usta czując jak ogarnia mnie gorąc. Zacisnęłam pięść i dłonią ogarnięta przez płomienie walnęłam w ścianę. Emocje w uderzeniu. To za mało, lecz i coś. Odetchnęłam cicho patrząc na krew. Głupia jestem. Już dawno powinnam ukryć swoją energię. W tej chwili byłam jak czerwony, jarzący się w ciemności punk. Zamknęłam oczy opanowując się. Spokojnie, spokojnie, wycisz się, spokojnie... Już. Spojrzałam dookoła. Punkcik zniknął. Teraz trzeba się oddalić. Króliczek znika z dziurze. Wybiegłam w deszcz chowając się między ścianami.
~~
Poczułem gwałtowny skok energii i przypomniałem sobie jak w złości walnęła w drzwi. Ciekawe co było przyczyną tych gwałtownych uczuć... Powinna się schować, a nie wystawiać. Tak jakby słyszała upomnienie po chwili jej energia zniknęła, a opowieść, która na chwilę zwolniła tępa znów przybrała normalny ton. Ukradkowe spojrzenia też się uspokajały. W tej chwili ceniłem Tobiramę za jego twardą, nieirytującą postawę.
___
*sofu-dziadek

czwartek, 7 marca 2013

Rozdzial 76 "Wezmę"

Spis treści się tworzy-> tz. autorka przypomina sobie stare notki. Zaraz potem zajmie się "bohaterami".
______
-Ja do Hidoi-san!-Usłyszałam chłopięcy głos, a potem zawołanie Kurenai. Zakręciłam wodę, wytarłam dłonie, odwiesiłam fartuszek i wyjrzałam z kuchni. To ten mały. Z dziadkami i matką w ciąży.
-Dzień dobry.-Uśmiechnęłam się lekko, a chłopiec popchnięty przez babcię dość niepewnie do mnie podszedł. W dłoniach trzymał mały pakunek.
-Dz-dziękujemy za ratunek, Hidoi-san!-Spojrzałam na nich zdziwiona, lecz wzięłam podarunek.
-Dz-dziękuję, ale nie ma za co... Naprawdę.-Uśmiechnęłam się nieśmiało.
-Gdyby nie ty mogłoby nas tu nie być.-Odezwała się starsza kobieta, a ja pokręciłam głową.
-Jak nie ja to ktoś inny.-Podeszła do mnie i położyła mi dłoń na ramieniu.
-Jesteś bardzo skromnym dzieckiem.-Moje policzki pokryły się rumieńcem. Nie wiedziałam co powiedzieć. Dziwne, bo zwykłam mieć odpowiedź na wszystko.
-Może zostaną państwo na dłużej?-Z opresji wyratowała mnie joninka. Przystanęli na to.-Aiko, pokrój ciasto.-Skinęłam głową i zniknęłam w kuchni. Odłożyłam prezent i zajęłam się wypiekiem. Usłyszałam jak ktoś wchodzi.
-Dziękuję.-Odwróciłam się z nożem w ręce patrząc na ciężarną kobietę.-Nie było mnie w domu. Gdyby nie ty nie miałabym już do kogo wracać.-Pokręciłam głową.
-Proszę pani... Jak nie ja to ktoś inny. Nikt zauważając czy słysząc wypadek nie przeszedłby obok niego obojętnie.-Odpowiedziałam spokojnie. To było krępujące. Nie zrobiłam nic specjalnego.
-Może to lepiej, że to byłaś akurat ty.-Spojrzałam na nią zdziwiona.-Ludzie na ciebie łagodniej spojrzą.-Uśmiechnęła się do mnie.
-Możliwe.-Spuściłam wzrok. To nie była wesoła refleksja. Wzięłam tacę z ciastem i zaniosłam ja do pokoju. Potem talerze. Napoje. Wolałam coś robić niż siedzieć tam i ich słuchać, lecz w końcu musiałam się przysiąść. Nie czułam się komfortowo. Choć oni wszyscy się znali ja czułam, że są tu z czystej uprzejmości. Są, bo tak wypada, tak powinno być. Rozmową zabawiała ich Kurenai. Tematy były całkowicie oderwane od wojny, nawiązywały do dzieci, codziennego życia. Tylko, gdy zahaczyli o temat mojego dziecka dało się wyczuć pewny rodzaj napięcie. Niewygodny temat, nieprawdaż? Czy cieszę się, że jestem w ciąży? Owszem. O ojca nie wypada zapytać. Domyślacie się, że nie jest nim nikt z wioski. Akatsuki, prawda? Boicie się spytać kto. Nie jesteście pewni. Unikacie, nie chcecie być wścibscy... Chcecie wiedzieć i nie chcecie. Boicie się odpowiedzi? Boicie się, że nieodpowiednio zareagujecie, bo co miłego można powiedzieć o przestępcy? Wiecie, że krytyka byłaby nieodpowiednia, więc... Wolicie milczeć. Zmiana tematu. Dość sztuczna, choć rozmowa znów przyjmuje bardziej naturalną formę. Tak, Kurenai, ratuj "atmosferę". Zebrałam brudne talerze i wróciłam do kuchni zmywać. To takie męczące. Takie sztuczne. "Ludzie na ciebie łagodniej spojrzą". Oh, tak, oczywiście! Łagodniej... Może i będą musieli mnie znosić, bo nie będą mi mieli nic do zarzucenia, lecz co z tego? Będą unikać, nasze kontakty będą raczej sztuczne. Gdy dziecko się urodzi będzie wiadomo kto jest ojcem. Zdrajca, tak? Bo... Któż powie o poświęceniu? Któż pokaże ludziom ciemniejszą stronę wioski i jej intrygi? Tragedie klanu, tragedie braci, tragedie człowieka i konsekwencje tych gierek? Lepiej wierzyć, że to po prostu... Zdrajca. Że to wybór. Że sami są sobie winni. Nieprawdaż? Zacisnęłam dłoń na ścierce, którą wycierałam dłonie. Miałam ochotę wszystko rzucić i... no właśnie: co? Biec. Gdzie? Przed siebie. Dokąd? Donikąd, egoistko. Myśl. Nie możesz.Tyle razy już sobie to tłumaczyłaś. Nie możesz. Wojna. Przyszłość. Aktualnie jesteś bezbronna. Złość we mnie wezbrała, miałam ochotę rzucić tą ścierką o ścianę. Ścierka i talerzem. Pokręciłam głową. Nie mogę. Wdech, wydech, wdech, wydech. Spokojnie. Spojrzałam na skrawek materiału. Bok był już lekko spopielony. Oczyściłam ją i odwiesiłam. Kurenai nie zauważy, to tylko obrąb. Westchnęłam cicho. Muszę się kontrolować. W moim umyśle pojawiła się twarz kobiety zbudowanej z ognia. Babciu, mamo, praprapra... Jak mam na ciebie mówić, co? I jakby na to nie patrzeć to w końcu z kim miałaś romans z tego klanu, co? Ehm! Nic się wtedy nie dowiedziałam, nic! Zmarnowałam czas. Patrzyłam w sufit opierając się o szafkę. Sasuke-kun. Sasuke-kun. Co planujesz? Co robi z  tobą Orochimaru? Sądziłam, ze go zabiłeś. I gdzie jest Karin? Zamknęłam oczy. Cieszyłam się, że Suigetsu i Yugo nic nie jest, lecz martwiłam się... pfu, byłam ciekawa co się stało z czerwonowłosą. Moje przemyślenia przerwało pukanie. To było takie dziwne. Tam trwa wojna, a tu pozory normalnego życia. Co za wypaczenie. Otworzyłam drzwi.
-Pakuj się.-Rozkazał staruszek od herbaty. Zaniemówiłam na chwilę przez jego stanowczy ton.
-A-ale jak to? Dlaczego?
-Aiko, kto to?
-Ja, Kurenai, ja.-Odpowiedział za mnie wchodząc.-Nie uważasz, że ten dzieciak za dużo sobie pozwala przybywając do wioski? Nie myśl, że go nie wyczułem. Zbyt długo mieszkałem w okolicy Uchihów, by nie rozpoznać jednego z nich.-Mówił machając do kobiety laską. Ja stałam przy otwartych drzwiach patrząc zdziwiona na tą całą sytuację. Dopiero po chwili zorientowałam się, iż powinnam je zamknąć.
-Masaru-san!-Coś we mnie uderzyło. Masaru? Spojrzałam na mężczyznę zdziwiona. To samo nazwisko nosił mój "sąsiad". Masaru Hana**
-Niech dziewczyna się pakuje.-Nie dał jej dojść do słowa.-Idzie ze mną. Już. Masz pięć minut.-Zwrócił się do mnie. Skinęłam głową.
-Aiko, stój!-Podniosła głos joninka. Zatrzymałam się w pół kroku.-Nie pozwalam!-Oświadczyła stanowczo.-Dziewczyna zostaje, ty Masaru-san także! Dobrze wiecie, że nie możemy sobie pozwolić na samowolkę! Masz zamiar walczyć z Uchihą? Aktualnie nie stanowi dla nas zagrożenia.
-Ale stanowi zagrożenie dla wojny! Uchiha to zło! Jeszcze ten cały Orochimaru....
-Masz zamiar go i jego kompanów pokonać z jej pomocą?
-Mój plan jest bardzo prosty. Sasuke na pewno zależy na rodzinie. Za nią się niby zemścił, Kurenai. Ona nosi w sobie potomka Uchihów.
-Masz zamiar zrobić z niej przynętę?!
-Cel uświęca środki.
-Pan naprawdę sądzi, że... że taka ja w roli przynęty zadziała? Pan naprawdę sądzi, że nie zawaha się zaatakować? Pan sądzi, że w pojedynkę go powstrzyma?-Pytałam starając się zachować spokój.-Czy pan jest chory?!-Spojrzałam na niego wściekle.-Jemu na niczym nie zależy! On ma cel i nie spojrzy na nic innego! Zresztą pan sądzi, że go pokona?! Pokonał Itachiego! Nie byle kogo! Jest z nim wężowaty i inni! Pan sądzi, że jak mnie pan przytrzyma i przystawi broń do gardła to coś to panu da?! Zrobi to pan i co?! Myślał pan?! Obmyślił plan?! Szczegóły?! Pan zamierza myśleć w trakcie?! Ile ma pan lat, że robi takie głupoty, co?!
-Aiko, spokojnie.
-Nie zamierzam być spokojna!-Poczułam falę gorąca, która objeła całe moje ciało.-Ja nie będę przynętą! Moje dziecko nigdy nie będzie marionetką w czyichś rękach! A szczególnie w rękach kogoś kto zaślepiony uprzedzeniem nie myśli o konsekwencjach! Rzuci pomysł i co?! I CO?! A jak nie wypali to CO?! Zginiemy?!
-Każdy krok niesie za sobą ryzyko upadku.-Odpowiedział mi niewzruszony starzec.
-Ja nie mam zamiaru ryzykować.-Warknęłam.-Moje życie to jedno, życie kogoś innego to druga rzecz. Pan się nie poczuwa do odpowiedzialności?
-Wyższe cele.
-Tak, bo cóż znaczy ludzkie życie.-Odwróciłam się i wyszłam. Byłam wściekła. Nie, Hana-san nie może mieć nic wspólnego z tym gościem. On był miły, spokojny i mnie uczył. Oparłam się o mur i odetchnęłam cicho. I wiem, że mnie kochał. Do śmierci. Spojrzałam w "niebo". Chciałam ujrzeć błękit, chciałam ujrzeć słońce, chciałam poczuć na twarzy deszcz, chciałam poczuć na skórze muskanie wiatru... A nad moją głową była skała. Pod nogami skała, gdzieś tam naokoło mnie... Dalej skała. Jak w jakieś cholernej pułapce! Byłam wściekła. Miałam dość. Dość więzienia! Dość bezczynności! Dość! Kurwa, Uchiha! Uchiha, ty gnojku! Po coś tu przybył?! Przez chwilę było w miarę dobrze! Kurenai, Mai, Otae... Kotki, Akage-no...Właśnie.
-Akage-no?-Rozejrzałam się. W kuchni jeszcze przy mnie był. Sądziłam, że za mną poszedł.-Akage-no!-Zawołałam. Nie zwykł się oddawać. Nie mogłam go przecież zostawić w domu... A może? Pobiegłam tam.
-Kurenai, widziałaś liska?-Spojrzała na mnie zdziwiona. Wszyscy się zmyli.
-Nie, myślałam, że poszedł z tobą.-Obeszłam te parę pomieszczeń, które tworzyły dom.-Akage-no!-Gdzie jesteś, maleńki? Przecież nie mogłeś zniknąć! Wiedziona impulsem pobiegłam do staruszka. Przecież nie może być takim draniem! Był miły! Zapukałam nerwowo.
-O, witaj panienko.-Uśmiechnął się lekko jak gdyby nigdy nic.-Zmieniłaś zdanie?
-Gdzie Akage-no?!
-Kto?-Uniósł brew.-Wejdź.
-Lisek!-Zrobiłam co powiedział.-Był ze mną jeszcze w domu!
-Może wystraszył się twoich krzyków? Herbaty?
-Nie chce! Zniknął, gdy pan się pojawił! W-wiem, że to p-pan!
-Panienko, nie powinno się nikogo oskarżać bez dowodów.-Podał mi herbatę.-Uspokój się. Poszukamy. Nie mógł uciec daleko.-Zdenerwowała napisałam się rozglądając. Jak mógł tak zniknąć?! Usłyszałam znajomy pisk. Odłożyłam kubek i pobiegłam do pokoju. Był. Związany zapiszczał, gdy mnie zobaczył. Podbiegłam do niego i szybko go rozwiązałam. Wskoczył mi na ramię piszcząc. Odwróciłam się.
-Wiedziałam, że to pan!-Spojrzałam na spokojnego mężczyznę wściekła.
-Wziąłem go sobie bez pytania. Pożyczka. Panienka jest zła? Już oddałem.
-Pan jest chory!
-Środek zacznie działać za parę minut. Może usiądziesz? Ruch i zdenerwowanie tylko to przyśpieszy, a gdy upadniesz może ci się coś stać.
-O-otrułeś mnie?-Spojrzałam na niego przerażona. Dziecko.
-Bachorowi nie zaszkodzi. Usiądź.
-Leć po pomoc.-Szepnęłam do liska rozglądając się. Okna zamknięte. Drzwi zamknął w tej chwili. Rudy nie widząc wyjścia pisnął bezbronnie.
-Twój przyjaciel pójdzie z nami.-Wyciągnął rękę, lecz ja odskoczyłam.
- Łapy precz!-Uderzyłam go w dłoń, a mały ostrzegawczo ukazał uzębienie.
-Sprzeciw nic ci nie da.
-Kurenai się zorientuje.
-Będzie za późno.
-Myślisz, że nikt cię nie zobaczy?!
-Pozwól, ze sam o to zadbam.-Poczułam jak moje ciało przenika dziwna słabość. Doskoczyłam do okna próbując je otworzyć. Było mocno zamknięte. Ciągnęłam.
-To nic nie da.-Wybiłam je. Tego się nie spodziewał. Wypuściłam lisa.
-Leć po Kure...-Chciałam dokończyć krzyk, lecz mężczyzna zatkał mi usta dłonią. Mały spojrzał na mnie jakby nie wiedział czy rzucić się na ratunek czy biec po pomoc. Machnęłam dłonią, by biegł. Widząc jego oddalającą się kitkę lekko się uśmiechnęłam.
-Głupia dziewucha.-Warknął mężczyzna ciągnąć mnie do innego pokoju. Próbowałam się wyrwać. Czym więcej czasu kupię tym lepiej. Po chwili straciłam przytomność.
___
*Masaru-zwyciężca
**Hana-kwiat

poniedziałek, 18 lutego 2013

Rozdział 75 "Powieszenie"



Gdy ziemia przestała drżeć jeszcze przez chwilę siedziałyśmy w uścisku.
-K-koniec?-Spytała ciemnowłosa lękliwie.
-Chyba tak.-Odpowiedziałam jej niepewnie. Nagle się zaczęło... Może za chwilę znowu coś się stanie? Spojrzałam na liska, patrzył na mnie z pytaniem w oczach. "Nie, kochany, nie zostawię cię." Podrapałam go za uszkiem i wstałam. Coś usłyszałam. Podeszłam do okna.
-Aiko, uważaj!
-Nic się nie dzieje, cii...-Zmrużyłam oczy. Znowu.-Coś się stało.-Powiedziałam i wybiegłam z domu. Rozejrzałam się. jeden budynek się zawalił, a ja znałam ten głos.
-Aiko-san, uważaj!-Krzyknęła Mai za mną.
-Szukaj mały.-Wypuściłam liska, który od razu zanurkował pomiędzy kamienie. Cóż, Kyuubi był lisem. Nie wątpiłam w to, że dogadam się z młodym. Odgarnąć kamienie. Ogniem tego nie załatwię. Wietrzne jutsu może spowodować jeszcze gorszy wypadek.-Zawołaj kogoś!-Odwróciłam się, lecz moje wołanie nie było potrzebne. Otae już biegła. Starszy mężczyzna mnie odsunął. Element ziemi. Cóż, Konoha ma wszechstronnie utalentowana starszyznę. Wszyscy usłyszeli pisk. Zaczęłam dłońmi odgarniać kamienie, użycie czegoś innego było niebezpieczne. Po chwili zobaczyłam pomarszczoną dłoń, a spomiędzy głazów na ramię wskoczyła mi ruda kulka.
-Dobrze się spisałeś, brawo.-Ucałowałam go w łepek i powróciłam do zajęcia. Trzymaj się, trzymaj... Po chwili udało nam się wyciągnąć dwie osoby. Brakowało tylko tej, która mnie zaalarmowała. Zagryzłam usta. Lisek latał koło jednej kupy, która naruszona przez mężczyzn pokruszyła się ukazując wąską szczelinę.
-Nie możemy tego ruszyć, zawali się od środka.- Przyjrzałam się temu. Byłam dość drobna. Bez pytania nikogo o zdanie wsunęłam się do środka i po chwili go zobaczyłam. Wysunęłam głowę.
-Dajcie coś co podtrzyma strop!-Podali mi dwa kije. Wróciłam i na czuja umieściłam je pod sufitem. Ostrożnie  zaczęłam usuwać pojedyncze kamienie. Niekontrolowane obsuwanie się raz po raz mniejszych kamyków wywoływało u mnie stan przedzawałowy. Bałam się.
-Obaa-chan*...-Wyjąkał chłopiec. Nie martw się, za niedługo zobaczysz babcię... Wzięłam go pod ramiona i lekko pociągnęłam, za nim obsunęło się parę kamieni. Na szczęście nic go specjalnie mocno nie przygniotło. Powoli i ostrożnie wyczołgałam się z nim z dziury.
-HIDOI AIKO, JESZCZE RAZ ZROBISZ COŚ W TYM STYLU A OSOBIŚCIE CIE POWIESZĘ!-Zadrżałam, gdy usłyszałam głos Kurenai. Z duszą na ramieniu i strachem, który prawie, że wstrzymywał moje serce obróciłam się w jej stronę.
-P-przepraszam?-Wyjąkałam, a raczej pisnęłam przerażona. Była wściekła. Zaczęłam się cofać, aż nabiłam się na kamienie. Rozejrzałam się. Nie mam gdzie uciec... Wokół są ludzie. Nie zabije mnie przy świadkach. Na pewno. Może... Nie wiem. NIE MOŻE! PRAWDA?!-L-litości?-W moich oczach pojawiły się łzy. Sytuacja bez wyjścia. Panika. Wpadałam w panikę. Ja nie chce umierać! Naprawdę! Ratunku! Ktokolwiek! Z mojego ramienia zeskoczył lisek i na nią zawarczał. Spojrzałam na niego zdziwiona. Wszystko mi przeszło. Cały dramatyzm sytuacji zniknął. Był tylko on. Wpatrywałam się w niego ja, Kurenai i paru innych gapi. Wyglądał jakby miał zamiar walczyć.
-Oooooh!- Rozczuliłam się po czym do niego podeszłam i wzięłam na ręce.-Mój obrońca.-Ucałowałam go w główkę.-Mój maleńki bohater. Mój dzielny. Dziękuję, kochanie.-Głaskałam i całowałam go raz po raz.-Mój maleńki skarbek...
-Hidoi.-Zwróciła na siebie uwagę kunoichi.Choć wściekłość jej minęła była dość stanowcza. Przecież musiałam coś zrobić, prawda?! Dziecka tam nie wpuszczą, ja byłam akurat. A gdyby zaczęli odgarniać coś mogłoby się stać! Miałam stać i patrzeć?!
-Będę grzeczna, mały będzie mnie pilnował i bronił.-Uśmiechnęłam się do niej szeroko.
-Przed tą głupotą cię nie potrzymał... a nawet zachęcał.
-Bo to nie było wcale niebezpieczne, wiedział, że nic mi nie gro...
-Co proszę?
-Niiiiiiic!-Uśmiechnęłam się do niej niczym anioł.
-Jeszcze raz, a śpisz na progu.
-Tak jest!-Oznajmiłam ze zrozumieniem ukazując w uśmiechu zęby. Po chwili podeszłam do młodego, którego opatrywał lekarz. Obudził się.
-T-ty.
-Ano ja.-Kucnęłam przy nim, by lepiej słyszeć.
-Dziękuję. Usłyszałaś.
-Ano...-Spojrzałam na niego z pewną dozą obojętności. Teraz nie rzucasz kamieniami i wyzwiskami?
-Przepraszam.-Skoncentrowałam wzrok na jego twarzy.-Gdybyś współpracowała z Akatsuki nie uratowałabyś nas... A usłyszałaś i zawołałaś...-Akatsuki. Współpraca. Akatsuki. Dom. Rodzina.
-Nie jestem za tym co robi Madara.-Oświadczyłam po chwili krótko nie wiedząc jak ubrać w słowa swoje myśli. Akatsuki? Akatsuki było moim domem. Akatsuki to moja rodzina. To tylko Madara był wrogiem. Tylko i aż, bo teraz on jest organizacją. Akatsuki sprzed i po. Akatsuki po konfrontacji z kosą śmierci nie jest tym czym było. Nie jest tym czym było dla mnie. Wstałam i odeszłam głaskając lisa. Tu nie było nikogo kto byłby w stanie mnie zrozumieć. A ja potrzebowałam. Potrzebowałam zrozumienia jako osoba, jako dziecko, jako matka, jako ja.
-Ciebie też nikt nie rozumiał, prawda, Kyuubi?-Spytałam cicho będąc na obrzeżach. Wszyscy zgromadzili się wokół wypadku. Wszyscy woleli troszczyć się o tamtych ludzi... Zająć się zwalonym budynkiem zamiast wojną. Oderwać myśli. Oh, to okropne, lecz paradoksalnie ten wypadek dobrze zrobi. Usiadłam na kamieniu i patrzyłam jak lisek się bawi.
-Jak cie nazwać, maleńki?-Spojrzał na mnie i przekrzywił łepek.-Pomóż mi.-Uśmiechnęłam się lekko, a on zaczął się kręcić, aż w końcu złapał ogon zębami. Spojrzałam na białą końcówkę.
-Shiro-chan**?-Zafurczał zły. Zaśmiałam się.
-A może oppon***? Shippon***?-Spojrzałam na starszego mężczyznę. Śledził mnie czy co? Lisek zawarczał. Jemu to imię tez się nie podobało.
-On nie jest do mnie przywiązany i nie ma obowiązku przy mnie być. Będę się nim opiekować, lecz nie przyczepię go do siebie.-Odpowiedziałam ze spokojem.
-Panienka nie jest głupia. Nie lepiej byłoby zwierzaka trzymać na smyczy? Lis to nie posłuszne kocie.
-Ani nie pies, któremu można założyć kaganiec.
-Jak panienka chce. Ja wracam a tobie nie radzę się długo włóczyć. Zapraszam na herbatę.-Skinęłam głową. Odszedł. Spojrzałam na lisa.
-A może po prostu Akage-no****?-Mały zamachał ogonem. Chociaz to mu się podobało. Jeszcze chwile się pobawił po czym wskoczył mi na ramię. Czas do domu... W połowie drogi jego uszy stanęły dęba. Spojrzałam na niego zdziwiona, bo był zmęczony, lecz i we mnie to uderzyło. Chakra. Pobiegłam do schronienia.
-Kurenai-sama! Kuren...
-Wiem!-Przerwała mi kobieta.-Pamiętaj co powiedziałam. Powieszę cię.
-A-ale...
-My tutaj jesteśmy bezpieczni. Nie możemy nic zrobić. Chcesz iść sama? W ciąży? Wysłać kogoś? Starszych ludzi, bezbronnych cywilów, dzieci czy ciężarne? Jak ty to sobie wyobrażasz?
-Ja pójdę...
-Zabraniam.
-Kurenai! On mi nic nie zrobi!
-To zdrajca, zabije każdego kto stanie mu na drodze.
-Ale...!
-A jeśli nie staniesz sama staniesz się zdrajcą!
-Jestem z Akatsuki, prawda?! Moja przyszłość po tym wszystkim i tak stanie pod znakiem zapytania! To NIC nie zmieni!
-Jesteś z nami! Jeśli będziesz posłuszna dadzą ci żyć!
-A jeśli nie?! Skąd wiesz kto przejmie władzę?! Jakiś wystraszony chłoptaś, który usunie wszystkich, którzy...
-HIDOI! Nikt ni pozwoli komuś takiemu dojść do władzy!
-To będzie PO wojnie! Wszyscy zmęczeni, słabi, zasoby ludzkie wykruszone, oni dadzą władzę każdemu kto albo się trochę zasłuży albo wykaże chęć i powie parę zdań co on nie jest i co on nie zrobi!-Na pewno tak nie będzie.
-Jaką masz pewność?
-Gwarantuję ci. Nie po to walczą o pokój, by dopuścić do represji...
-Kurenai czy w tej wojnie nie jest tak, że każdy kto jest przeciw Madarze jest przyjacielem?
-Sasuke jest za Madarą.
-Skąd wiesz? Może jest odwrotnie... Zabił Itachiego, zabił Orochimaru. To dla wioski było raczej dobre, nieprawdaż?
-Orochimaru jest razem z nim.
-Orochimaru stał się wrogiem Akatsuki, nieprawdaż?
-Do czego zmierzasz?
-Może będzie walczył dla nas? Dokonał swej zemsty na Itachim, więc...
-Hidoi.-Przerwała mi z zadziwiającym spokojem w głosie.-Właśnie. Zabił ojca twojego dziecka. Czemu chcesz iść? Zemsty w tym stanie nie dokonasz.
-Itachiemu zależało na Sasuke.-Spuściłam głowę.-Chce zobaczyć. Chce go przekonać...
-Nie.
-Kurenai!
-Powiedziałam nie! Popatrz na siebie! Pomyśl o dziecku! To twoje dziedzictwo! Nie tylko twoje! Chcesz się narażać?! Sądzisz, że byłby zadowolony?!-Milczałam. Nie, nie byłby. Jestem nierozsądna. Jestem głupia. Jestem samolubna. Mam dość siedzenia.-Idź do pokoju.-Odwróciłam się i zrobiłam co kazała. Zamykając drzwi usłyszałam tylko jej ciężkie westchnięcie.
______
*obaa-chan-> babcia
**Schiro-chan-> białasek
***Oppon/shippon-> ogon
****Akage-no-> rudy