sobota, 12 stycznia 2013

Rozdział 74 "Trzęsienie"

Pisane przy:


__
Nie wiem czemu, lecz czułam, że coś się za niedługo stanie. Koniec nadejdzie. Koniec nas lub tej wojny... Ah, nie. W obu przypadkach będzie to koniec wojny, lecz w pierwszym stracimy świadomość, prawda? Wtedy to będzie koniec "ostateczny"... Choć z drugiej strony raczej będziemy żyć, wiec może... Ah, nie, nie, nie! Nie chce się w to wgłębiać! To zagadnienie ma tyle rozgałęzień... A mimo to cały czas w to wchodzę i zaczynam od nowa błądzić w tym labiryncie... Może miałam zbyt dużo wolnego czasu? Nie troszczyłam się za bardzo o siebie, nie troszczyłam się o wyprawkę dla dziecka. Kiedy urodzę? Nie wiedziałam nawet jaki jest dzień tygodnia! Umykało mi, nie zwracałam na to uwagi. Zresztą... Skąd wyprawka? Skąd cokolwiek? To schronienie bez luksusów... Oh, ja nawet nie miałam domu! Jeśli "zjednoczone siły ninja" to wygrają zostanę bez niczego... Będę musiała odejść, błądzić, bez niczego... Jak ja wychowam to dziecko, jak?! Gdy o tym myślałam chciało mi się płakać. Załamywałam ręce, zbyt silnie odczuwałam w jak beznadziejnej sytuacji jestem. Gdyby ta wojna trwała i trwała moje dziecko wychowywałoby się tutaj. W schronie. Coś by miało. Czy to brzmi jakbym chciała, by wojna trwała? Nie, nie chciałam, lecz... Coś mówiło, że dla mojego maleństwa nie byłoby to złe. Choć chciałabym, by żyło wolne, bez lęku... Chciałabym, by miało wszystko czego zapragnie... Wszystko czego ja nie mogę mu zapewnić. Beznadzieja... Gdy mnie zabrali wiedziałam, że będę od nich uzależniona. Ale to byłam ja. Ja sama. Bez nikogo. Odpowiedzialna sama za siebie. To ja sama musiałam ponieść konsekwencje swojej decyzji, swój los... Gdy zaszłam w ciąże to się zmieniło. Zmieniło, gdy wszystko zaczęło się walić. Teraz byłam odpowiedzialna za jeszcze kogoś. Za małe, ukochane, bezbronne stworzenie. Za dziecko swoje i Itachiego. "Było się nie... nie kochać", prawda? Cóż, postąpiłam jak typowa, nierozsądna nastolatka, która nie myśli o konsekwencjach. Myślałam? Nie. Jestem nastolatką. Jestem nierozsądna. TU niczym sie nie wyróżniam... I jestem w sytuacji, która, jak sądziłam, nigdy mnie nie spotka. Przecież nie byłam głupia! Boże, co ja myślałam?! Niewidzialne zabezpieczenie?! "Niepłodne" dni?! Nie myślałam. Po prostu pragnęłam. Półprzytomność czy różne inne okoliczności mnie nie usprawiedliwiają, lecz... Czy gdybym mogła cofnęłabym czas? Nie. To dziecko było jedynym co teraz posiadałam, co miałam, jedyną namiastką Itachiego, jedynym śladem, prócz alienacji i wrogości, która mnie zapewne spotka, mojej przeszłości... Mojej drogiej, ciepłej, bezpiecznej przeszłości wśród przestępców. Oksymoron, co? Jak życie wśród przestępców można tak określać? Można... Dla mnie to najwspanialsze z chwil mojego życia. Najnormalniejsze. Najnormalniejsza była chyba również ta chwila. Nie licząc wszystkiego co działo się na zewnątrz siedziałam w pokoju i gładziłam trójkę sierot po futerkach. Lis i dwa kotki. To było takie zwyczajne... Mimo, iż przez większość czasu wyczuwając niebezpieczeństwo były niespokojne czas, który z nimi spędzałam był dla mnie naprawdę kojący.
-Obia...- Kurenai nie dokończyła, bowiem ziemia dosłownie się zatrzęsła. Nasze krzyki się zgrały, a zwierzęta zaczęły piszczeć. Trzęsienie jednak szybko przeszło... Bez wahania poderwałam się i pomogłam usiąść kunoichi. Po chwili wleciały dziewczynki i zabrały piszczące kotki.
-Co to było?!
-Nie wiem.-Odpowiedziałam cicho. Wzięłam liska i zaczęłam głaskać trzymając przy sercu. To go uspokajało. Po chwili nastąpiło kolejne trzęsienie, a w pokoju zapanował krzyk.
-Wojna.-Odezwała się Kurenai. Teraz wszystkie siedziałyśmy na łóżku i czekałyśmy na ciąg dalszy.-Trzeba trzymać kciuki za naszych, dziewczynki.-Spojrzałam na nią uważnie. Małe powstrzymywały się od płaczu, zwierzaki popiskiwały... Nie było za wesoło. Mimo, iż to było najbezpieczniejsze miejsce... Bałam się, że za chwile się zawali... Domki i schron... Przy każdym trzęsieniu dziewczynki krzyczały. Raz słabsze, raz mocniejsze... Zaciskałam usta i patrzyłam to na liska to na kotki. Były przerażone...
-N-nie krzyczcie... one się dodatkowo boją...-Powiedziałam lekko drżącym głosem, a małe się we mnie mocniej wtuliły popłakując.
-Ja nie chce zginąć!
-Ja też nie!
-Nie zginiemy... Nie zginiemy.-Szepnęłam cicho, a kunoichi na którą spojrzałam skinęła głową. Niech to się skończy... Proszę.
Przerażone dzieci dodatkowo potęgowały mój lęk. Chciałam wstać, chciałam wybiec, lecz wiedziałam, że nic, bym nie zrobiła. nie pomogłabym. Byłabym jedynie kłopotem, przeszkodą. Ciekawe czy Kurenai też tak czuła. Była joninem. Ciekawe czy czuła, ze zamiast siedzieć ty powinna być na polu bitwy... Ciekawe... Chyba nie. Ona wiedziała, że nie może się narażać na niebezpieczeństwo. Na pewno była rozsądna. Na pewno. Jej dziecko musi być bezpieczne. Na pewno trzymała za nich kciuki. Na pewno pokładała w nich nadzieje. Na pewno wierzyła, że wygrają. Na pewno. Tylko ja przechodziłam taki niepotrzebny kryzys. Powinnam była ją wspierać... Ale jak? Ona była silna, radziła sobie, nie potrzebowała. Tkwiła w niezłomnej wierze. W każdym razie tak mi sie wydawało. zazdrościłam jej tego. Była spokojna. Wiedziała na co stać Konohę i innych. Lecz ja wiedziałam kim są Uchiha. Za dobrze.
Ah! Nie mogę przestać wierzyć! Za nich poświęcił się Itachi! Jego ofiara nie może pójść na marne, nie może! Oni muszą sobie dać radę! Nie ma innego wyjścia! Czy gdyby nie dali to wszystko miałoby sens? Choć z drugiej strony to od kiedy to co sie dzieje ma sens? Życie samo w sobie jest chyba bezsensowne. Naszym życiem mimo wszystko i tak kierują instynkty. Rodzina, przedłużenie gatunku, przetrwanie. Człowiek wymyślił sobie mnóstwo określeń, które nadają egzystencji wyższy sens, wymiar, lecz czy wszystko i tak się do tego nie sprowadza? Do instynktów i śmierci. Rozłożenia, zniszczenia, przetrwania. Takie myśli wcale mi nie pomagały. Choć z drugiej strony kierując się instynktami oni sobie poradzą. To ich zdeterminuje. Walka o przetrwanie, o przyszłość. Zwierzęta w imię tego potrafią dokonać niemożliwego. W ochronie walczą do upadłego. Walczą pokonując własne ograniczenia. Oni też muszą... Oni muszą wygrać.
"Proszę! Niech oni wygrają! Proszę, proszę, proszę!" Została mi tylko modlitwa i łzy, lecz płakać nie mogłam. Wystarczyły dziewczynki, które to w sobie dusiły. Ile ja mam lat? Muszę. Muszę być silna. Muszę być dorosła.
-Spokojnie.-Powiedziałam cicho i poczułam na sobie spojrzenie dwóch par zapłakanych tęczówek.-Wszystko będzie dobrze.
-Kłamiesz!
-Otae-san.Otarłam jej łzy z kącików oczu.-Uwierz, dobrze? Oni walczą. Za ciebie. Za nas. Potrzebują twojej wiary.-Dziewczynka się we mnie wtuliła, a ja wyciągnęłam dłoń do drugiej. Zrobiła to samo. Choćbym i ja zwątpiła one muszą wierzyć... Zamknęłam oczy. Sasuke-kun. Po której stronie staniesz? Proszę cię... Mimo wszystko przetrwaj. Bez względu na wszystko. Proszę cię... Nie niszcz. Skończ! Skończ z tym wszystkim! Co zrobisz jak zniszczysz cały świat?! Nie za to walczył twój brat...
-Wszystko będzie dobrze.-Szepnęłam po raz kolejny i spojrzałam na Kurenai. "Wierzysz w to, prawda?" Skinęła mi głową. Ja też muszę wierzyć. Kiedy nadeszło kolejne trzęsienie wtuliłam je w siebie mocniej. Do tej gromadki dołączyła Kunoichi. Każdy, ale to każdy potrzebuje wsparcia. Nawet najsilniejsi. A może w szczególności oni? Bo upadek ich wiary jest najbardziej bolesny?
__
Śmieszne, ze takie krótkie.
Miałam nadzieję, że coś dopiszę, acz cóż... Nie potrzebnie czekałam, bo nic specjalnego mi się nie udało.

sobota, 8 grudnia 2012

Rozdział 73 "Instynkt"

-Aiko-san! Aiko-san!-Usłyszałam i błyskawicznie się odwróciłam. Dziewczynka mimo przedwczesnego hamowania i tak na mnie wpadła.
-Co się dzieje? Gdzie się pali?-Uśmiechnęłam się delikatnie.
-Znalazłam liska!! A Otae dwa kotki!!- Chodź!! Zobaczysz!!-Pociągnęła mnie mocno za rękę.-Zaniosłyśmy je do Kurenai-sama!!
-A-ale ja mam j-jeszcze...
-Później!
-Mai! Chwilka...
-A-ale! N-no! Szybko!!
-To tylko chwilka.-Wytłumaczyłam lekko rozbawiona. Poszłam po żywność, a podniecone dziecko biegło jak na skrzydłach. Jakby nie było wojny, zmartwień... To dobrze, że znalazła te zwierzaki. Zapomni na chwilę, bo zabawa i opieka nad maluchami zapewne pochłonie ją bez reszty. Urocza dziecięca beztroska...
-Ale teraz ciii...-Uspokoiła się przed domem. Bardzo ostrożnie otworzyła drzwi i na palcach weszła do środka. Zaprowadziła mnie do mojego pokoju, gdzie w kacie na starym ręczniki leżały trzy piszczące maleństwa. Obok nich siedziała ruda z miseczką mleka.
-Nie chcą pić.-Poskarżyła się, gdy weszłyśmy. Jej nieszczęśliwa minka i plamki mleka na podłodze mówiły wszystko.
-Oj...-Rozczuliłam się. Ona naprawdę chciała, by te kruszynki piły z miski? Dla nich to jeszcze za wcześnie...-Macie może jakieś buteleczki? Od lalek albo coś w tym stylu?
-Ja mam jedną, ale chyba Amaya i Akako też.
-Ja mam dwie.-Skinęłam głową.
-Przynieście wszystkie.-Poleciały, a ja zostałam z piszczącymi zwierzakami. Pogłaskałam je po łebkach. Zwierzęta wyczuwają zagrożenie i w ucieczce mogą porzucić młode. Lecz dokąd te zwierzęta uciekają? Nigdzie nie jest bezpiecznie.
-Biedactwa.- Westchnęłam cicho. Poszłam spytać o koszyk. Była miska. Zanim dziewczynki wróciły zdążyłam ją wyścielić i ułożyć tam bezbronne maluchy. Mówiąc szczerze nie sądziłam, że Otae i Mai potrafią być tak ciche. W spokoju sprawdziłyśmy przydatność przepuszczalność smoczków i nieprzepuszczalność butelek. Podgrzałyśmy mleko i pokazałam im jak należy trzymać i karmić kotki. Nie należy ściskać butelek i napierać, bo maluchy same zaczną pić. W chwili, gdy one tuliły kocięta ja trzymałam przy sercu liska o niebotycznym apetycie. Gdy wreszcie się nasycił odsunął się od smoczka i wydało mi się, że uśmiechnął się do mnie zadowolony. Tak, zwierzęta także potrafią się uśmiechać... Jeśli się przyjrzysz i trochę z nimi pobędziesz zaczniesz to dostrzegać.
-Mai, Otae, już późno.-Do pokoju weszła Kurenai. Widząc co się dzieje uśmiechnęła się, lecz dziewczynki i tak musiały pójść. Ułożone razem zwierzaki bez dłoni, która, by je głaskała zaczęły piszczeć także pożegnałyśmy się w pokoju i zostałam sama czuwając, aż małe nie zasnęły. Rozluźniało mnie to, uspokajało... Tak wewnętrznie. Gdy zasnęły szybko się umyłam, zjadłam... I położyłam patrząc na te śpiące skarby. Porzucone... A potrafiące sprawić taka radość. Zwierzęta potrafią zostawić młode w chwili zagrożenia, lecz równocześnie potrafią za nie oddać życie nawet w konfrontacji z o wiele silniejszym przeciwnikiem. Zwierzęca matka zawsze będzie próbować chronić młode. Ludzkie matki czasem wydają mi sie gorsze od zwierzęcych. One potrafią porzucić bez powodu. Oczywiście... Szok poporodowy, niegotowość itd... Wyrzucenie dziecka na pewna śmierć niczego nie usprawiedliwia. Zabicie też nie... Szczególnie po jakimś czasie... Owszem, zwierzęta, gdy znowu maja młode mogą być agresywniejsze do starszych... Pępowinę trzeba przeciąć, co? Lecz nie porównujmy zwierząt, którymi kierują przecież instynkty z człowiekiem, który ma wolna wolę, myśli... Nie jest determinowany przez naturę, instynkt i nie może podejmować decyzji sprzecznych z tymi czynnikami... Choć właśnie... Zabicie dziecka jest sprzeczne. Z instynktem, z moralnością... Podobno matki, które zabiły swoje dzieci.. Usunęły... Kupują lalki i symbolicznie je chowają... Jak to jest patrzeć na dziecko... I myśleć, ze twoje byłoby w tym samym wieku? Osobiście chyba, bym tego nie wytrzymała. Nie mogłabym zabić dziecka... Zarodka, płodu, żywego stworzenia. Moje sumienie, mój umysł... Prześladowałoby mnie to... Jak to, że kiedyś otworzyłam kokon motyla z ciekawości i go zabiłam. Jeszcze o tym pamiętam. Czy to nie dziwne? Byłam dzieckiem kierowanym ciekawością, a po tylu latach ciągle jest coś nie tak... Zabójstwa, bym nie wytrzymała... A jednak... Przecież zabiłam. Tamci z ANBU. Zabiłam... Nie miałam potem wyrzutów... Wielkich. Zabiłam Atariego. Tak... Przypomnij sobie o starych grzechach... Atari... Popadłaś w coś na kształt depresji... Przy ANBU szybko się otrząsnęłaś, przeszła do porządku dziennego bez problemu. Takie jest życie ninja, prawda? Musisz być silny psychicznie... Zabójstwo tego kogo znasz będzie cię prześladować, lecz obcych ludzi... Kogo obchodzą obcy? Mogą mieć rodziny, przyjaciół. Czy na wojnie ktoś na to patrzy? Na pewno... Lecz musi. Nikt patrzysz co kieruje twoim wrogiem. Nie patrzysz, że on też czegoś broni, swojej rodziny, przyjaciół, nie patrzysz na jego motywy, przekonania... Masz swoje. Tylko to cię obchodzi. TWOI bliscy, TWOJE przekonania, TWOJA ojczyzna... TWOJA ideologia... TY. Ty potrafisz mieć wyrzuty z powodu motyla... A zapominać o ludziach... Nie jesteś od nikogo lepsza. Nie jesteś lepsza od zwierząt. One maja instynkt, ty masz wolna wolę.Zabić jest lepiej niż zostać zabitym, prawda? Nikt kto może uciec, ochronić siebie nie podda się, by nie skrzywdzić obcej osoby. Nikt nie da się zabić OBCEJ osobie... Zaatakowała? Ma problem... Obrona. Odruch obronny. Zrobienie komuś krzywdy w obronie... Pod wpływem stresu, impulsu... Nawet w prawie jest usprawiedliwiane. W końcu broniłeś życia. Swojego, bliskiej osoby... Było nie podnosić ręki... Ty podniosłeś? Ukradłeś, zrobiłeś coś złego? Rodzina głodowała itd. itd. Zawsze znajdzie się usprawiedliwienie... Bo nikogo nie obchodzą obcy. Gdy obcego poznasz to już coś innego... Zaczynasz myśleć, tworzy się więź, a nawet ta cienka może cie powstrzymać... Choć ludzi nie zawsze. Ile jest osób krzywdzących swoich bliskich, najbliższych? Człowieka nic nie powstrzyma... Wolna wola...

sobota, 1 grudnia 2012

Rozdział 72 "Tam"

Umieram z przejedzenia x.x'.
Czemu jest tak, ze mnie nawet herbata może zapełnić? .__.'
(tyle, ze rano szybko robię się głodna, a po obiedzie to idzie i... Q^Q)
____
Lis nie śnił mi się więcej niż raz. Niestety. Wiedziałam, że teraz są zajęci walką, wiec w gruncie rzeczy byłam wdzięczna i za tą chwilę. Za poświęcony mi ułamek świadomości... Moje życie w schronie nie układało się źle. Moja jak i Kurenai ciąża przebiegała prawidłowo. Skąd wiedziałam? Mimo, że mieliśmy tu tylko jednego medyka odwiedzenie nas nie sprawiało mu problemów. Był to starszy, siwy człowiek, który jak dla mnie nie mógł już brać udziału w wojnie... Choć w tym świecie wiek nie był ważny, a starsi i doświadczeni mieli nie raz więcej wigoru od młodych i napalonych-jak to wyrażał się pan, który uratował mnie od ukamienowania. Lubił mówić co bardzo mnie cieszyło. Opowiadał historie ze swojego życia, a ja uważnie słuchałam. Jego młodość nie należała do spokojnych. Dużo walczył. Czemu ludzie walczą? Wystarczy jeden ważny "władca", który chce więcej ziemi i już. Zachłanność. Dlaczego ludziom tak często nie wystarcza to co mają? A często mają w nadmiarze? To nielogiczne. Czemu zamiast zająć się sobą atakują innych? Nudzi im się? Niech kupią duże puzzle... Egoistyczne dzieci...Hah, gdyby takie gadki jeszcze do nich trafiały. Naiwna. Silni zawsze będą robić co im się podoba. Szkoda tylko, że siła nie zawsze idzie w parze z inteligencją.
-O czym myślisz, panienko?-Spytał mnie "dziadek".
-Tak sobie...-Odpowiedziałam.-O władcach... Powodach do walki. Czemu... Czemu ludzie walczą? Czemu nie mogą się dogadać? Czy mało bólu jest na tym świecie?- Pytałam patrząc w okno. Zdziwiłam się, gdy poczułam dotyk ciepłej, dużej dłoni na głowie.
-Ludzie zapominają o bólu, którego doświadczyli ich przodkowie, panienko. Od czasu do czasu budzi się w nich chciwe, egoistyczne zwierzę i bardzo szybko przypomina przeszłość.
-To nieprzerwane koło. Mężczyźni są tacy głupi... Zamiast zostać w domu, pilnować władnych interesów to oni uganiają się za nie wiadomo czym... Ilu przez to traci bliskich? Ile dzieci staje się sierotami? Ile matek traci ojców swoich dzieci? Ile kobiet traci ukochanych? Ilu mężów żony... Ilu ojców córki. Ile matek synów.
-Panienko i kobieta może być powodem walki.
-Ale nie wojny!-Zaprzeczyłam gwałtownie.
-Krótko żyjesz.-Nadęłam lekko policzki. Czy mężczyzna u władzy naprawdę jest gotowy poświęcić życie swego królestwa, by odzyskać ukochaną? Czy kobieta naprawdę zamiast wybrać krąży wywołując takie sytuacje? A jeśli wybierze... Czy mężczyzna naprawdę jest tak głupi, że myśli, że przez walkę ona go pokocha?! Co za głupota, debilizm!!-Świat nie jest idealny, ludzie są wadliwi, łatwiej im powielać gorsze wzorce, bo są łatwiejsze.
-Siłowe rozwiązania i tak nic nie dają.
-A czy jeśli Madara urzeczywistni swój plan to będzie to takie złe?-Spytał nagle.
-Oczywiście, że tak!-Zareagowałam gwałtownie.
-Pomyśl.-Rozkazał spokojnie.-W tej iluzji ty będziesz przy ukochanym. Ojcowie i matki odzyskają dzieci. Wszyscy uwięzieni w iluzji szczęścia.
-To nie będzie prawdziwe!
-Nie będziesz tego świadoma.-Zagryzłam usta.- Moja rodzina. Itachi. Moje dziecko. Akatsuki... Tak bardzo chciałabym, by te beztroskie dni powróciły. Tak bardzo chciałabym znów, być otoczona przez ciepło jakie mi zapewnialiście.
-T-to nie jest rozwiazan-nie.-Odwróciłam głowę. Nie chciałam na niego patrzeć. Lepiej żyć w iluzji szczęścia czy w tym raniącym, wadliwym świecie? Gdyby wygrali... Ja znów miałabym wszystko czego pragnę.-Pan znów miałby przy sobie całą rodzinę... Syna, przyjaciół.
-Może byłbym znowu młody, zdrowy...
-Ta iluzja jest jak nałożenie na cały świat choroby psychicznej.-Syknęłam.-Nikt nie będzie znał prawdy. Każdy w kłamstwie... Bezbronny wobec oszustwa! Nigdy się na to nie zgodzę!-Nie odpowiedział mi. Zamyślił się. Czy naprawdę byłby skłonny zgodzić się na coś takiego? Gdzie tu wolna wola? Choć... Gdyby tak pomyśleć... Skąd wiemy, że teraz, w tej chwili nie żyjemy w iluzji? Czy naprawdę jesteśmy wolni? Skąd wiemy, że tak naprawdę nie jesteśmy przez kogoś kierowani? Skąd? A jeśli to wszystko to po prostu zabawa? Kogoś komu się nudzi... Jeśli to ja żyję w iluzji? Jestem tylko pionkiem? Ja czuj, lecz skąd wiem, że to wszystko dookoła mnie, ludzie to nie jest tylko wyobrażenie, nędzna iluzja? Zabawa? Czy ktoś naprawdę ma tak czarny humor, że układa takie "scenariusze życia"? Choć... Wyobraźnia jest podobno nieograniczona, a jeśli jestem tylko pionkiem to... Co ja kogoś tam obchodzę? Ogląda... Bez przywiązania, sentymentu, niczego. Jeśli jestem dla kogoś taką zabawką jak małpka w cyrku dla publiczności? Czy "to" czuje? Krzyczy, bo naprawdę go coś boli czy to tylko taki odruch? Hah... Oszaleję! Tak bardzo chciałabym wierzyć! Że to wszystko nie jest tylko bezsensowną grą... Że gdy stanie mi serce... Po prostu nie zniknę. Jak to jest "znikać"? Po prostu cię nie ma. Nie ma nic!!
-Już późno. Kurenai będzie się o ciebie martwić.-Mężczyzna znów dotknął mojej głowy. Pożegnaliśmy się i wyszłam. Zamyślona szybko wróciłam do domu kunoichi.
-Coś się stało?-Spytała w czasie kolacji.
-Kurenai, wiesz co się dzieje z twoim narzeczonym?-Spytałam. Cóż, zapomniałam imienia. Odłożyła miskę na blat i spojrzała na mnie zdziwiona.-W sensie... Zaświaty? I wgl.. Wierzysz w to? Że, gdy umrzemy to nie znikniemy ot tak... Tylko będzie coś "po"?-Uśmiechnęła się do mnie lekko.
-Kryzys wiary?
-Załóżmy.-Spojrzałam w resztki ryżu. Jestem pełna...
-Wierzę. Sądzę, że nawet jeśli mnie nie obserwuje to czeka. "Tam".-Uśmiechnęłam się delikatnie. Czeka...  Wyobraziłam sobie Itachiego, liderka, Sasoriego, Hidana, Deidarę itd. w białych płaszczach i skrzydełkach, który siedzą na chmurce z głowami w dół i mi się przyglądają. Co za głupie i niedojrzałe myśli... Takie pozytywne. Aniołki. Moje stróże. Oh, gdybym powiedziała to Kurenai... Przestępcy ze skrzydełkami. *Oj, Ai, jesteś takim dzieckiem.* Mój wzrok padł na resztkę posiłku. *No to bądź grzeczną dziewczynką i dojedz kolację.*
__
Wiem, że krótkie i złe... Wińcie mangę!!
I mój brak kreatywności ;_;

sobota, 10 listopada 2012

Rozdział 71 "Pomoc"

Po chwili bezczynnego siedzenia wstałam, ogień zniknął, a ja drżałam. Mimo tego, iż byłam sucha w jaskini przy wodzie było zimno. Rozejrzałam się. Jak stad wyjść? Westchnęłam cicho. Pamiętałam. Przypomniałam sobie tak wiele rzeczy, że gdy te fakty zaczęły do mnie dochodzić w mojej głowie pojawił się i wzrastał ból. Muszę się stąd wydostać... Zawróciłam i używając chakry przeszłam po wodzie. Nie myślałam dokąd idę, prowadziła mnie intuicja. Po jakimś czasie doszłam do wioski. Biorąc pod uwagę, że ludzie prócz zwykłego zaciekawienia i podejrzliwości patrzyli na mnie z niepokojem pewnie wyglądałam tragicznie. Z ciekawości zatrzymałam się i przejrzałam  jednym z wielu okien. Mimo, iż moje włosy ułożyły się samoistnie i nie wyglądałam jak wiedźma moje ubranie było w gorszym stanie. Wyglądało to jakbym przed chwilą wyszła z płomieni. Zresztą... Nie było to niezgodne z prawdą. Ogarnęła mnie dziwna słabość. Stałam i patrzyłam w swoje odbicie nawet go nie widząc. Obudziło mnie uderzenie kamyka w bok głowy. Spojrzałam beznamiętnie na grupkę dzieci.
-Wracaj do Akatsuki!-Krzyknął jeden z nich, a drugi podrzucał kamyk, którym widocznie zamierzał rzucić. Nie chciało mi się tego unikać. To bezsensowne. Ludzie... Ich stosunek do mnie i tak się nie zmieni. Jestem skąd jestem... Powinnam była zginąć z przyjaciółmi. Co ja tu w ogóle robię? W moich oczach zgromadziły się łzy. No już, rzuć...
-Przestańcie!- Usłyszałam męski głos i podniosłam głowę na staruszka, który z zadziwiającą krzepą chwycił dzieciaki za ręce.- Matka cię szukała, Kaito! A ty od tygodnia masz szlaban!-Patrzyłam a całą sytuację zdziwiona. Grupa szybko opuściła złapanych kompanów, a dzieciaki po chwili "się wyrwały" i uciekły. Ten mężczyzna zwyczajnie nie chcąc się z nimi męczyć puścił ich. Patrzyłam na niego zdziwiona, lecz ten tylko skinął mi głową z poważną miną i wrócił do domu. To w jego oknie się przejrzała.
-Dziękuję.-Powiedziałam cicho po czym się delikatnie uśmiechnęłam. Ruszyłam do mieszkania Kurenai. Z miejsca rzuciła się na mnie Mai. Dosłownie. Gdybym nie była tak blisko ściany i się o nią nie oparła prawdopodobnie bym upadła.
-H-hej.
-Aiko-san! Tęskniłam! Czemu tak długo?! Co ci się stało?! Jak było?!
-Mai.-Upomniała ją Kurenai. Dziewczynka mnie puściła. Przeprosiłam i przeszłam się przebrać. Trwało to tylko chwilkę. Nie miałam dużo ubrań, więc nie miałam trudności z wyborem. Szybko do nich wróciłam i poczęstowana sokiem usiadłam. Krotko opowiedziałam im o wodnej pułapce i hipnotyzującym ogniku. Bez szczegółów i bez prawdy o moim pochodzeniu.
-Czyli nic ciekawego.-Ziewnęła głośno rudowłosa.-Nie było się czego bać.
-Otae-chan, pamiętaj, że wielu shinobi ciekawość zaprowadziła do śmierci.-Upomniała ją joninka. Ciekawość, lustro i brak akceptacji tego ducha. Tak podejrzewałam ja. "Nie mów im nic". Usłyszałam w głowie głos tego ducha, lecz była to prawdopodobnie tylko moja wyobraźnia.
-Aiko-san. Aiko-san!-Doszło do mnie wołanie Mai.
-T-tak?- Doszło do mnie, ze na chwilę kompletnie odłączyłam się od rozmowy.
-Tam nic nie było, prawda?-Potwierdziłam.-A czemu nie wzięłaś lusterka?
-Zniszczyło się, moja droga.
-Mogłybyśmy zobaczyć z jak dawna pochodzi. Dziwne, że było podobno w tak dobrym stanie.
-Owszem, lecz to pewnie jakieś jutsu, ochrona...
-Możliwe...
-Ten płomień naprawdę zgasł?-Skinęłam głową.
-Może to było jakieś miejsce pamięci...-Podsunęłam.
-Nigdy o czymś takim nie słyszałam.-Ucięła Kurenai.-Dzieci, idźcie do domów. Ona potrzebuje odpoczynku.
-Ale...-Zaczęła Mai, która siedziała przytulona do mojej osoby.
-Jutro z nią porozmawiacie, dobrze?- Gdy Otae ją pociągnęła dziewczyna się ode mnie odkleiła. Gdy wyszły ja udałam się do łazienki. Powiedziałam Kurenai "dobranoc" i poszłam spać. Sama nie wiem kiedy zasnęłam. Położyłam się i w sekundę mnie zmorzyło. Otoczyła mnie ciemność, pobiegłam w stronę jasności, lecz i ona się do mnie zbliżała. Po chwili stanęłam naprzeciw płonącego lisa.
-Nie powinnaś być w wiosce liścia.-To były jego pierwsze słowa.
-Dlaczego?
-Za blisko wojny.
-To nie ma znaczenia. Jeśli przegracie konsekwencje nie ominą nikogo.
-Po połączeniu wzrósł kontakt między nami. Jeśli będzie brakowało mi energii ty ucierpisz.-Przyjrzałam się lisowi.
-Czy ty nie powinieneś cieszyć się ludzką krzywdą i tym podobne?-Lis spuścił łeb i spojrzał gdzieś w bok jakby zmieszany.
-Naruto. Nie zawsze byliśmy źli. Pochodzisz od człowieka, którym był Mędrzec. On i grupa stworzeń od którego pochodzi twoja moc nigdy nie traktowali nas jak rzeczy.
-Wiec mi ufasz?
-Mam nadzieję.-Uśmiechnęłam się delikatnie.
-Możesz brać moja energię.-Powiedziałam łagodnie i do niego podeszłam. Cofnął się niepewnie.
-Spokojnie...-Szepnęłam i delikatnie pogłaskałam go po szyi.-Dawno nie doświadczyłeś takiego dotyku, prawda?-Spojrzałam na niego. Zadowolony przymknął oczy. Przytuliłam się do niego.
-Czy Naruto naprawdę jest takim "słońcem"?-Spytałam cicho, a on potwierdził. Zazdrościłam mu. Czasami było mi tak zimno... Chciałabym się ogrzać.
-Może nie rozumiem cie w pełni... Lecz możliwe, że znam chociaż kawałek twych uczuć.-Milczał, lecz i mnie nie odrzucał. Sądzę, ze wiedział, iż dotyczy to podejścia ludzi do jego osoby.
Obudziłam się z uczuciem dziwnego ciepła w środku. Tak dawno temu czułam się bezpiecznie... Mimo, iż lis nie może mnie ochronić czułam się dobrze i już bez trudno odpowiadałam na wszystkie pytania dzieci. Wykonywałam też  swoje codzienne obowiązki. Niestety lis nie pojawił się kolejnej nocy. Mimo to czułam przy sobie jego obecność. Popołudniu poszłam do domu staruszka, który mnie obronił. zapukałam nieśmiało i po chwili mój wczorajszy obrońca mi otworzył. Spojrzał na mnie zdziwiony.
-J-ja chciał-łam tylko pan-nu podziękować za wcz-czoraj. P-proszę!-wystawiłam do niego dłonie z pakunkiem. Upiekłam ciasto.
-Nie ma za co, dziecko. Wejdziesz?-Zdziwiłam się, lecz zgodziłam. Zaprowadził mnie do salonu i sam poszedł z prezentem do kuchni.-Herbata?
-T-tak! Może być!-Po chwili wrócił do pokoju. Na talerzu, który postawił na stole leżał mój wypiek. Podał mi talerzyk.
-Częstuj się.-Gdy ten sam wziął kawałek ja zrobiłam to samo. Nieśmiało spróbowałam kawałka. Nie wyszło źle.-Pyszne. Często pieczesz?-Pokręciłam przecząco głową.-A masz talent.
-T-talent?
-Do pieczenia.-Uśmiechnęłam się delikatnie.
-Dziękuję.
-Nie przejmuj się tymi chłopakami. To znane w okolicy urwisy. Nawet teraz muszą sprawiać kłopoty. Ich ojcowie wyruszyli na wojnę.
-Więc w ten sposób starają się o tym nie myśleć.
-To dzieci.-Skinęłam głową.
-Wiem. Nie dziwi mnie ich postępowanie... W ogóle...
-Mój syn też jest na wojnie.
-Naprawdę? Przykro mi...
-Nie mów tak. Nie umarł. Jest silny jak jego ojciec, a ja jednak trochę przeżyłem.-Uśmiechnęłam się do staruszku. Zaczął opowiadać o synu. Zasiedziałam się.
-Dziękuję za wszystko.-Powiedziałam, gdy już wychodziłam.
-To ja dziękuje za pyszne ciasto i towarzystwo. Wpadaj częściej.
-Dobrze.-Przyjęłam zaproszenie i z uśmiechem na ustach wróciłam do domu Kurenai. Czy tak spokojne życie mogłoby mnie kiedyś znudzić? Cieszyłam się z sytuacji w jakiej byłam kiedyś. Miałam zwariowaną rodzinę, w której nie było mowy o dłuższym spokoju i to mnie cieszyło... Lecz kiedyś trzeba siąść,pomyśleć, uspokoić się. Dla dobra innych. Ah! O czym ja myślę?! Jest wojna! Tu nie ma mowy o ustatkowaniu się! Zresztą ile ja mam lat?! W moim wieku... Nie ma się dzieci...