poniedziałek, 18 lutego 2013

Rozdział 75 "Powieszenie"



Gdy ziemia przestała drżeć jeszcze przez chwilę siedziałyśmy w uścisku.
-K-koniec?-Spytała ciemnowłosa lękliwie.
-Chyba tak.-Odpowiedziałam jej niepewnie. Nagle się zaczęło... Może za chwilę znowu coś się stanie? Spojrzałam na liska, patrzył na mnie z pytaniem w oczach. "Nie, kochany, nie zostawię cię." Podrapałam go za uszkiem i wstałam. Coś usłyszałam. Podeszłam do okna.
-Aiko, uważaj!
-Nic się nie dzieje, cii...-Zmrużyłam oczy. Znowu.-Coś się stało.-Powiedziałam i wybiegłam z domu. Rozejrzałam się. jeden budynek się zawalił, a ja znałam ten głos.
-Aiko-san, uważaj!-Krzyknęła Mai za mną.
-Szukaj mały.-Wypuściłam liska, który od razu zanurkował pomiędzy kamienie. Cóż, Kyuubi był lisem. Nie wątpiłam w to, że dogadam się z młodym. Odgarnąć kamienie. Ogniem tego nie załatwię. Wietrzne jutsu może spowodować jeszcze gorszy wypadek.-Zawołaj kogoś!-Odwróciłam się, lecz moje wołanie nie było potrzebne. Otae już biegła. Starszy mężczyzna mnie odsunął. Element ziemi. Cóż, Konoha ma wszechstronnie utalentowana starszyznę. Wszyscy usłyszeli pisk. Zaczęłam dłońmi odgarniać kamienie, użycie czegoś innego było niebezpieczne. Po chwili zobaczyłam pomarszczoną dłoń, a spomiędzy głazów na ramię wskoczyła mi ruda kulka.
-Dobrze się spisałeś, brawo.-Ucałowałam go w łepek i powróciłam do zajęcia. Trzymaj się, trzymaj... Po chwili udało nam się wyciągnąć dwie osoby. Brakowało tylko tej, która mnie zaalarmowała. Zagryzłam usta. Lisek latał koło jednej kupy, która naruszona przez mężczyzn pokruszyła się ukazując wąską szczelinę.
-Nie możemy tego ruszyć, zawali się od środka.- Przyjrzałam się temu. Byłam dość drobna. Bez pytania nikogo o zdanie wsunęłam się do środka i po chwili go zobaczyłam. Wysunęłam głowę.
-Dajcie coś co podtrzyma strop!-Podali mi dwa kije. Wróciłam i na czuja umieściłam je pod sufitem. Ostrożnie  zaczęłam usuwać pojedyncze kamienie. Niekontrolowane obsuwanie się raz po raz mniejszych kamyków wywoływało u mnie stan przedzawałowy. Bałam się.
-Obaa-chan*...-Wyjąkał chłopiec. Nie martw się, za niedługo zobaczysz babcię... Wzięłam go pod ramiona i lekko pociągnęłam, za nim obsunęło się parę kamieni. Na szczęście nic go specjalnie mocno nie przygniotło. Powoli i ostrożnie wyczołgałam się z nim z dziury.
-HIDOI AIKO, JESZCZE RAZ ZROBISZ COŚ W TYM STYLU A OSOBIŚCIE CIE POWIESZĘ!-Zadrżałam, gdy usłyszałam głos Kurenai. Z duszą na ramieniu i strachem, który prawie, że wstrzymywał moje serce obróciłam się w jej stronę.
-P-przepraszam?-Wyjąkałam, a raczej pisnęłam przerażona. Była wściekła. Zaczęłam się cofać, aż nabiłam się na kamienie. Rozejrzałam się. Nie mam gdzie uciec... Wokół są ludzie. Nie zabije mnie przy świadkach. Na pewno. Może... Nie wiem. NIE MOŻE! PRAWDA?!-L-litości?-W moich oczach pojawiły się łzy. Sytuacja bez wyjścia. Panika. Wpadałam w panikę. Ja nie chce umierać! Naprawdę! Ratunku! Ktokolwiek! Z mojego ramienia zeskoczył lisek i na nią zawarczał. Spojrzałam na niego zdziwiona. Wszystko mi przeszło. Cały dramatyzm sytuacji zniknął. Był tylko on. Wpatrywałam się w niego ja, Kurenai i paru innych gapi. Wyglądał jakby miał zamiar walczyć.
-Oooooh!- Rozczuliłam się po czym do niego podeszłam i wzięłam na ręce.-Mój obrońca.-Ucałowałam go w główkę.-Mój maleńki bohater. Mój dzielny. Dziękuję, kochanie.-Głaskałam i całowałam go raz po raz.-Mój maleńki skarbek...
-Hidoi.-Zwróciła na siebie uwagę kunoichi.Choć wściekłość jej minęła była dość stanowcza. Przecież musiałam coś zrobić, prawda?! Dziecka tam nie wpuszczą, ja byłam akurat. A gdyby zaczęli odgarniać coś mogłoby się stać! Miałam stać i patrzeć?!
-Będę grzeczna, mały będzie mnie pilnował i bronił.-Uśmiechnęłam się do niej szeroko.
-Przed tą głupotą cię nie potrzymał... a nawet zachęcał.
-Bo to nie było wcale niebezpieczne, wiedział, że nic mi nie gro...
-Co proszę?
-Niiiiiiic!-Uśmiechnęłam się do niej niczym anioł.
-Jeszcze raz, a śpisz na progu.
-Tak jest!-Oznajmiłam ze zrozumieniem ukazując w uśmiechu zęby. Po chwili podeszłam do młodego, którego opatrywał lekarz. Obudził się.
-T-ty.
-Ano ja.-Kucnęłam przy nim, by lepiej słyszeć.
-Dziękuję. Usłyszałaś.
-Ano...-Spojrzałam na niego z pewną dozą obojętności. Teraz nie rzucasz kamieniami i wyzwiskami?
-Przepraszam.-Skoncentrowałam wzrok na jego twarzy.-Gdybyś współpracowała z Akatsuki nie uratowałabyś nas... A usłyszałaś i zawołałaś...-Akatsuki. Współpraca. Akatsuki. Dom. Rodzina.
-Nie jestem za tym co robi Madara.-Oświadczyłam po chwili krótko nie wiedząc jak ubrać w słowa swoje myśli. Akatsuki? Akatsuki było moim domem. Akatsuki to moja rodzina. To tylko Madara był wrogiem. Tylko i aż, bo teraz on jest organizacją. Akatsuki sprzed i po. Akatsuki po konfrontacji z kosą śmierci nie jest tym czym było. Nie jest tym czym było dla mnie. Wstałam i odeszłam głaskając lisa. Tu nie było nikogo kto byłby w stanie mnie zrozumieć. A ja potrzebowałam. Potrzebowałam zrozumienia jako osoba, jako dziecko, jako matka, jako ja.
-Ciebie też nikt nie rozumiał, prawda, Kyuubi?-Spytałam cicho będąc na obrzeżach. Wszyscy zgromadzili się wokół wypadku. Wszyscy woleli troszczyć się o tamtych ludzi... Zająć się zwalonym budynkiem zamiast wojną. Oderwać myśli. Oh, to okropne, lecz paradoksalnie ten wypadek dobrze zrobi. Usiadłam na kamieniu i patrzyłam jak lisek się bawi.
-Jak cie nazwać, maleńki?-Spojrzał na mnie i przekrzywił łepek.-Pomóż mi.-Uśmiechnęłam się lekko, a on zaczął się kręcić, aż w końcu złapał ogon zębami. Spojrzałam na białą końcówkę.
-Shiro-chan**?-Zafurczał zły. Zaśmiałam się.
-A może oppon***? Shippon***?-Spojrzałam na starszego mężczyznę. Śledził mnie czy co? Lisek zawarczał. Jemu to imię tez się nie podobało.
-On nie jest do mnie przywiązany i nie ma obowiązku przy mnie być. Będę się nim opiekować, lecz nie przyczepię go do siebie.-Odpowiedziałam ze spokojem.
-Panienka nie jest głupia. Nie lepiej byłoby zwierzaka trzymać na smyczy? Lis to nie posłuszne kocie.
-Ani nie pies, któremu można założyć kaganiec.
-Jak panienka chce. Ja wracam a tobie nie radzę się długo włóczyć. Zapraszam na herbatę.-Skinęłam głową. Odszedł. Spojrzałam na lisa.
-A może po prostu Akage-no****?-Mały zamachał ogonem. Chociaz to mu się podobało. Jeszcze chwile się pobawił po czym wskoczył mi na ramię. Czas do domu... W połowie drogi jego uszy stanęły dęba. Spojrzałam na niego zdziwiona, bo był zmęczony, lecz i we mnie to uderzyło. Chakra. Pobiegłam do schronienia.
-Kurenai-sama! Kuren...
-Wiem!-Przerwała mi kobieta.-Pamiętaj co powiedziałam. Powieszę cię.
-A-ale...
-My tutaj jesteśmy bezpieczni. Nie możemy nic zrobić. Chcesz iść sama? W ciąży? Wysłać kogoś? Starszych ludzi, bezbronnych cywilów, dzieci czy ciężarne? Jak ty to sobie wyobrażasz?
-Ja pójdę...
-Zabraniam.
-Kurenai! On mi nic nie zrobi!
-To zdrajca, zabije każdego kto stanie mu na drodze.
-Ale...!
-A jeśli nie staniesz sama staniesz się zdrajcą!
-Jestem z Akatsuki, prawda?! Moja przyszłość po tym wszystkim i tak stanie pod znakiem zapytania! To NIC nie zmieni!
-Jesteś z nami! Jeśli będziesz posłuszna dadzą ci żyć!
-A jeśli nie?! Skąd wiesz kto przejmie władzę?! Jakiś wystraszony chłoptaś, który usunie wszystkich, którzy...
-HIDOI! Nikt ni pozwoli komuś takiemu dojść do władzy!
-To będzie PO wojnie! Wszyscy zmęczeni, słabi, zasoby ludzkie wykruszone, oni dadzą władzę każdemu kto albo się trochę zasłuży albo wykaże chęć i powie parę zdań co on nie jest i co on nie zrobi!-Na pewno tak nie będzie.
-Jaką masz pewność?
-Gwarantuję ci. Nie po to walczą o pokój, by dopuścić do represji...
-Kurenai czy w tej wojnie nie jest tak, że każdy kto jest przeciw Madarze jest przyjacielem?
-Sasuke jest za Madarą.
-Skąd wiesz? Może jest odwrotnie... Zabił Itachiego, zabił Orochimaru. To dla wioski było raczej dobre, nieprawdaż?
-Orochimaru jest razem z nim.
-Orochimaru stał się wrogiem Akatsuki, nieprawdaż?
-Do czego zmierzasz?
-Może będzie walczył dla nas? Dokonał swej zemsty na Itachim, więc...
-Hidoi.-Przerwała mi z zadziwiającym spokojem w głosie.-Właśnie. Zabił ojca twojego dziecka. Czemu chcesz iść? Zemsty w tym stanie nie dokonasz.
-Itachiemu zależało na Sasuke.-Spuściłam głowę.-Chce zobaczyć. Chce go przekonać...
-Nie.
-Kurenai!
-Powiedziałam nie! Popatrz na siebie! Pomyśl o dziecku! To twoje dziedzictwo! Nie tylko twoje! Chcesz się narażać?! Sądzisz, że byłby zadowolony?!-Milczałam. Nie, nie byłby. Jestem nierozsądna. Jestem głupia. Jestem samolubna. Mam dość siedzenia.-Idź do pokoju.-Odwróciłam się i zrobiłam co kazała. Zamykając drzwi usłyszałam tylko jej ciężkie westchnięcie.
______
*obaa-chan-> babcia
**Schiro-chan-> białasek
***Oppon/shippon-> ogon
****Akage-no-> rudy

sobota, 12 stycznia 2013

Rozdział 74 "Trzęsienie"

Pisane przy:


__
Nie wiem czemu, lecz czułam, że coś się za niedługo stanie. Koniec nadejdzie. Koniec nas lub tej wojny... Ah, nie. W obu przypadkach będzie to koniec wojny, lecz w pierwszym stracimy świadomość, prawda? Wtedy to będzie koniec "ostateczny"... Choć z drugiej strony raczej będziemy żyć, wiec może... Ah, nie, nie, nie! Nie chce się w to wgłębiać! To zagadnienie ma tyle rozgałęzień... A mimo to cały czas w to wchodzę i zaczynam od nowa błądzić w tym labiryncie... Może miałam zbyt dużo wolnego czasu? Nie troszczyłam się za bardzo o siebie, nie troszczyłam się o wyprawkę dla dziecka. Kiedy urodzę? Nie wiedziałam nawet jaki jest dzień tygodnia! Umykało mi, nie zwracałam na to uwagi. Zresztą... Skąd wyprawka? Skąd cokolwiek? To schronienie bez luksusów... Oh, ja nawet nie miałam domu! Jeśli "zjednoczone siły ninja" to wygrają zostanę bez niczego... Będę musiała odejść, błądzić, bez niczego... Jak ja wychowam to dziecko, jak?! Gdy o tym myślałam chciało mi się płakać. Załamywałam ręce, zbyt silnie odczuwałam w jak beznadziejnej sytuacji jestem. Gdyby ta wojna trwała i trwała moje dziecko wychowywałoby się tutaj. W schronie. Coś by miało. Czy to brzmi jakbym chciała, by wojna trwała? Nie, nie chciałam, lecz... Coś mówiło, że dla mojego maleństwa nie byłoby to złe. Choć chciałabym, by żyło wolne, bez lęku... Chciałabym, by miało wszystko czego zapragnie... Wszystko czego ja nie mogę mu zapewnić. Beznadzieja... Gdy mnie zabrali wiedziałam, że będę od nich uzależniona. Ale to byłam ja. Ja sama. Bez nikogo. Odpowiedzialna sama za siebie. To ja sama musiałam ponieść konsekwencje swojej decyzji, swój los... Gdy zaszłam w ciąże to się zmieniło. Zmieniło, gdy wszystko zaczęło się walić. Teraz byłam odpowiedzialna za jeszcze kogoś. Za małe, ukochane, bezbronne stworzenie. Za dziecko swoje i Itachiego. "Było się nie... nie kochać", prawda? Cóż, postąpiłam jak typowa, nierozsądna nastolatka, która nie myśli o konsekwencjach. Myślałam? Nie. Jestem nastolatką. Jestem nierozsądna. TU niczym sie nie wyróżniam... I jestem w sytuacji, która, jak sądziłam, nigdy mnie nie spotka. Przecież nie byłam głupia! Boże, co ja myślałam?! Niewidzialne zabezpieczenie?! "Niepłodne" dni?! Nie myślałam. Po prostu pragnęłam. Półprzytomność czy różne inne okoliczności mnie nie usprawiedliwiają, lecz... Czy gdybym mogła cofnęłabym czas? Nie. To dziecko było jedynym co teraz posiadałam, co miałam, jedyną namiastką Itachiego, jedynym śladem, prócz alienacji i wrogości, która mnie zapewne spotka, mojej przeszłości... Mojej drogiej, ciepłej, bezpiecznej przeszłości wśród przestępców. Oksymoron, co? Jak życie wśród przestępców można tak określać? Można... Dla mnie to najwspanialsze z chwil mojego życia. Najnormalniejsze. Najnormalniejsza była chyba również ta chwila. Nie licząc wszystkiego co działo się na zewnątrz siedziałam w pokoju i gładziłam trójkę sierot po futerkach. Lis i dwa kotki. To było takie zwyczajne... Mimo, iż przez większość czasu wyczuwając niebezpieczeństwo były niespokojne czas, który z nimi spędzałam był dla mnie naprawdę kojący.
-Obia...- Kurenai nie dokończyła, bowiem ziemia dosłownie się zatrzęsła. Nasze krzyki się zgrały, a zwierzęta zaczęły piszczeć. Trzęsienie jednak szybko przeszło... Bez wahania poderwałam się i pomogłam usiąść kunoichi. Po chwili wleciały dziewczynki i zabrały piszczące kotki.
-Co to było?!
-Nie wiem.-Odpowiedziałam cicho. Wzięłam liska i zaczęłam głaskać trzymając przy sercu. To go uspokajało. Po chwili nastąpiło kolejne trzęsienie, a w pokoju zapanował krzyk.
-Wojna.-Odezwała się Kurenai. Teraz wszystkie siedziałyśmy na łóżku i czekałyśmy na ciąg dalszy.-Trzeba trzymać kciuki za naszych, dziewczynki.-Spojrzałam na nią uważnie. Małe powstrzymywały się od płaczu, zwierzaki popiskiwały... Nie było za wesoło. Mimo, iż to było najbezpieczniejsze miejsce... Bałam się, że za chwile się zawali... Domki i schron... Przy każdym trzęsieniu dziewczynki krzyczały. Raz słabsze, raz mocniejsze... Zaciskałam usta i patrzyłam to na liska to na kotki. Były przerażone...
-N-nie krzyczcie... one się dodatkowo boją...-Powiedziałam lekko drżącym głosem, a małe się we mnie mocniej wtuliły popłakując.
-Ja nie chce zginąć!
-Ja też nie!
-Nie zginiemy... Nie zginiemy.-Szepnęłam cicho, a kunoichi na którą spojrzałam skinęła głową. Niech to się skończy... Proszę.
Przerażone dzieci dodatkowo potęgowały mój lęk. Chciałam wstać, chciałam wybiec, lecz wiedziałam, że nic, bym nie zrobiła. nie pomogłabym. Byłabym jedynie kłopotem, przeszkodą. Ciekawe czy Kurenai też tak czuła. Była joninem. Ciekawe czy czuła, ze zamiast siedzieć ty powinna być na polu bitwy... Ciekawe... Chyba nie. Ona wiedziała, że nie może się narażać na niebezpieczeństwo. Na pewno była rozsądna. Na pewno. Jej dziecko musi być bezpieczne. Na pewno trzymała za nich kciuki. Na pewno pokładała w nich nadzieje. Na pewno wierzyła, że wygrają. Na pewno. Tylko ja przechodziłam taki niepotrzebny kryzys. Powinnam była ją wspierać... Ale jak? Ona była silna, radziła sobie, nie potrzebowała. Tkwiła w niezłomnej wierze. W każdym razie tak mi sie wydawało. zazdrościłam jej tego. Była spokojna. Wiedziała na co stać Konohę i innych. Lecz ja wiedziałam kim są Uchiha. Za dobrze.
Ah! Nie mogę przestać wierzyć! Za nich poświęcił się Itachi! Jego ofiara nie może pójść na marne, nie może! Oni muszą sobie dać radę! Nie ma innego wyjścia! Czy gdyby nie dali to wszystko miałoby sens? Choć z drugiej strony to od kiedy to co sie dzieje ma sens? Życie samo w sobie jest chyba bezsensowne. Naszym życiem mimo wszystko i tak kierują instynkty. Rodzina, przedłużenie gatunku, przetrwanie. Człowiek wymyślił sobie mnóstwo określeń, które nadają egzystencji wyższy sens, wymiar, lecz czy wszystko i tak się do tego nie sprowadza? Do instynktów i śmierci. Rozłożenia, zniszczenia, przetrwania. Takie myśli wcale mi nie pomagały. Choć z drugiej strony kierując się instynktami oni sobie poradzą. To ich zdeterminuje. Walka o przetrwanie, o przyszłość. Zwierzęta w imię tego potrafią dokonać niemożliwego. W ochronie walczą do upadłego. Walczą pokonując własne ograniczenia. Oni też muszą... Oni muszą wygrać.
"Proszę! Niech oni wygrają! Proszę, proszę, proszę!" Została mi tylko modlitwa i łzy, lecz płakać nie mogłam. Wystarczyły dziewczynki, które to w sobie dusiły. Ile ja mam lat? Muszę. Muszę być silna. Muszę być dorosła.
-Spokojnie.-Powiedziałam cicho i poczułam na sobie spojrzenie dwóch par zapłakanych tęczówek.-Wszystko będzie dobrze.
-Kłamiesz!
-Otae-san.Otarłam jej łzy z kącików oczu.-Uwierz, dobrze? Oni walczą. Za ciebie. Za nas. Potrzebują twojej wiary.-Dziewczynka się we mnie wtuliła, a ja wyciągnęłam dłoń do drugiej. Zrobiła to samo. Choćbym i ja zwątpiła one muszą wierzyć... Zamknęłam oczy. Sasuke-kun. Po której stronie staniesz? Proszę cię... Mimo wszystko przetrwaj. Bez względu na wszystko. Proszę cię... Nie niszcz. Skończ! Skończ z tym wszystkim! Co zrobisz jak zniszczysz cały świat?! Nie za to walczył twój brat...
-Wszystko będzie dobrze.-Szepnęłam po raz kolejny i spojrzałam na Kurenai. "Wierzysz w to, prawda?" Skinęła mi głową. Ja też muszę wierzyć. Kiedy nadeszło kolejne trzęsienie wtuliłam je w siebie mocniej. Do tej gromadki dołączyła Kunoichi. Każdy, ale to każdy potrzebuje wsparcia. Nawet najsilniejsi. A może w szczególności oni? Bo upadek ich wiary jest najbardziej bolesny?
__
Śmieszne, ze takie krótkie.
Miałam nadzieję, że coś dopiszę, acz cóż... Nie potrzebnie czekałam, bo nic specjalnego mi się nie udało.

sobota, 8 grudnia 2012

Rozdział 73 "Instynkt"

-Aiko-san! Aiko-san!-Usłyszałam i błyskawicznie się odwróciłam. Dziewczynka mimo przedwczesnego hamowania i tak na mnie wpadła.
-Co się dzieje? Gdzie się pali?-Uśmiechnęłam się delikatnie.
-Znalazłam liska!! A Otae dwa kotki!!- Chodź!! Zobaczysz!!-Pociągnęła mnie mocno za rękę.-Zaniosłyśmy je do Kurenai-sama!!
-A-ale ja mam j-jeszcze...
-Później!
-Mai! Chwilka...
-A-ale! N-no! Szybko!!
-To tylko chwilka.-Wytłumaczyłam lekko rozbawiona. Poszłam po żywność, a podniecone dziecko biegło jak na skrzydłach. Jakby nie było wojny, zmartwień... To dobrze, że znalazła te zwierzaki. Zapomni na chwilę, bo zabawa i opieka nad maluchami zapewne pochłonie ją bez reszty. Urocza dziecięca beztroska...
-Ale teraz ciii...-Uspokoiła się przed domem. Bardzo ostrożnie otworzyła drzwi i na palcach weszła do środka. Zaprowadziła mnie do mojego pokoju, gdzie w kacie na starym ręczniki leżały trzy piszczące maleństwa. Obok nich siedziała ruda z miseczką mleka.
-Nie chcą pić.-Poskarżyła się, gdy weszłyśmy. Jej nieszczęśliwa minka i plamki mleka na podłodze mówiły wszystko.
-Oj...-Rozczuliłam się. Ona naprawdę chciała, by te kruszynki piły z miski? Dla nich to jeszcze za wcześnie...-Macie może jakieś buteleczki? Od lalek albo coś w tym stylu?
-Ja mam jedną, ale chyba Amaya i Akako też.
-Ja mam dwie.-Skinęłam głową.
-Przynieście wszystkie.-Poleciały, a ja zostałam z piszczącymi zwierzakami. Pogłaskałam je po łebkach. Zwierzęta wyczuwają zagrożenie i w ucieczce mogą porzucić młode. Lecz dokąd te zwierzęta uciekają? Nigdzie nie jest bezpiecznie.
-Biedactwa.- Westchnęłam cicho. Poszłam spytać o koszyk. Była miska. Zanim dziewczynki wróciły zdążyłam ją wyścielić i ułożyć tam bezbronne maluchy. Mówiąc szczerze nie sądziłam, że Otae i Mai potrafią być tak ciche. W spokoju sprawdziłyśmy przydatność przepuszczalność smoczków i nieprzepuszczalność butelek. Podgrzałyśmy mleko i pokazałam im jak należy trzymać i karmić kotki. Nie należy ściskać butelek i napierać, bo maluchy same zaczną pić. W chwili, gdy one tuliły kocięta ja trzymałam przy sercu liska o niebotycznym apetycie. Gdy wreszcie się nasycił odsunął się od smoczka i wydało mi się, że uśmiechnął się do mnie zadowolony. Tak, zwierzęta także potrafią się uśmiechać... Jeśli się przyjrzysz i trochę z nimi pobędziesz zaczniesz to dostrzegać.
-Mai, Otae, już późno.-Do pokoju weszła Kurenai. Widząc co się dzieje uśmiechnęła się, lecz dziewczynki i tak musiały pójść. Ułożone razem zwierzaki bez dłoni, która, by je głaskała zaczęły piszczeć także pożegnałyśmy się w pokoju i zostałam sama czuwając, aż małe nie zasnęły. Rozluźniało mnie to, uspokajało... Tak wewnętrznie. Gdy zasnęły szybko się umyłam, zjadłam... I położyłam patrząc na te śpiące skarby. Porzucone... A potrafiące sprawić taka radość. Zwierzęta potrafią zostawić młode w chwili zagrożenia, lecz równocześnie potrafią za nie oddać życie nawet w konfrontacji z o wiele silniejszym przeciwnikiem. Zwierzęca matka zawsze będzie próbować chronić młode. Ludzkie matki czasem wydają mi sie gorsze od zwierzęcych. One potrafią porzucić bez powodu. Oczywiście... Szok poporodowy, niegotowość itd... Wyrzucenie dziecka na pewna śmierć niczego nie usprawiedliwia. Zabicie też nie... Szczególnie po jakimś czasie... Owszem, zwierzęta, gdy znowu maja młode mogą być agresywniejsze do starszych... Pępowinę trzeba przeciąć, co? Lecz nie porównujmy zwierząt, którymi kierują przecież instynkty z człowiekiem, który ma wolna wolę, myśli... Nie jest determinowany przez naturę, instynkt i nie może podejmować decyzji sprzecznych z tymi czynnikami... Choć właśnie... Zabicie dziecka jest sprzeczne. Z instynktem, z moralnością... Podobno matki, które zabiły swoje dzieci.. Usunęły... Kupują lalki i symbolicznie je chowają... Jak to jest patrzeć na dziecko... I myśleć, ze twoje byłoby w tym samym wieku? Osobiście chyba, bym tego nie wytrzymała. Nie mogłabym zabić dziecka... Zarodka, płodu, żywego stworzenia. Moje sumienie, mój umysł... Prześladowałoby mnie to... Jak to, że kiedyś otworzyłam kokon motyla z ciekawości i go zabiłam. Jeszcze o tym pamiętam. Czy to nie dziwne? Byłam dzieckiem kierowanym ciekawością, a po tylu latach ciągle jest coś nie tak... Zabójstwa, bym nie wytrzymała... A jednak... Przecież zabiłam. Tamci z ANBU. Zabiłam... Nie miałam potem wyrzutów... Wielkich. Zabiłam Atariego. Tak... Przypomnij sobie o starych grzechach... Atari... Popadłaś w coś na kształt depresji... Przy ANBU szybko się otrząsnęłaś, przeszła do porządku dziennego bez problemu. Takie jest życie ninja, prawda? Musisz być silny psychicznie... Zabójstwo tego kogo znasz będzie cię prześladować, lecz obcych ludzi... Kogo obchodzą obcy? Mogą mieć rodziny, przyjaciół. Czy na wojnie ktoś na to patrzy? Na pewno... Lecz musi. Nikt patrzysz co kieruje twoim wrogiem. Nie patrzysz, że on też czegoś broni, swojej rodziny, przyjaciół, nie patrzysz na jego motywy, przekonania... Masz swoje. Tylko to cię obchodzi. TWOI bliscy, TWOJE przekonania, TWOJA ojczyzna... TWOJA ideologia... TY. Ty potrafisz mieć wyrzuty z powodu motyla... A zapominać o ludziach... Nie jesteś od nikogo lepsza. Nie jesteś lepsza od zwierząt. One maja instynkt, ty masz wolna wolę.Zabić jest lepiej niż zostać zabitym, prawda? Nikt kto może uciec, ochronić siebie nie podda się, by nie skrzywdzić obcej osoby. Nikt nie da się zabić OBCEJ osobie... Zaatakowała? Ma problem... Obrona. Odruch obronny. Zrobienie komuś krzywdy w obronie... Pod wpływem stresu, impulsu... Nawet w prawie jest usprawiedliwiane. W końcu broniłeś życia. Swojego, bliskiej osoby... Było nie podnosić ręki... Ty podniosłeś? Ukradłeś, zrobiłeś coś złego? Rodzina głodowała itd. itd. Zawsze znajdzie się usprawiedliwienie... Bo nikogo nie obchodzą obcy. Gdy obcego poznasz to już coś innego... Zaczynasz myśleć, tworzy się więź, a nawet ta cienka może cie powstrzymać... Choć ludzi nie zawsze. Ile jest osób krzywdzących swoich bliskich, najbliższych? Człowieka nic nie powstrzyma... Wolna wola...

sobota, 1 grudnia 2012

Rozdział 72 "Tam"

Umieram z przejedzenia x.x'.
Czemu jest tak, ze mnie nawet herbata może zapełnić? .__.'
(tyle, ze rano szybko robię się głodna, a po obiedzie to idzie i... Q^Q)
____
Lis nie śnił mi się więcej niż raz. Niestety. Wiedziałam, że teraz są zajęci walką, wiec w gruncie rzeczy byłam wdzięczna i za tą chwilę. Za poświęcony mi ułamek świadomości... Moje życie w schronie nie układało się źle. Moja jak i Kurenai ciąża przebiegała prawidłowo. Skąd wiedziałam? Mimo, że mieliśmy tu tylko jednego medyka odwiedzenie nas nie sprawiało mu problemów. Był to starszy, siwy człowiek, który jak dla mnie nie mógł już brać udziału w wojnie... Choć w tym świecie wiek nie był ważny, a starsi i doświadczeni mieli nie raz więcej wigoru od młodych i napalonych-jak to wyrażał się pan, który uratował mnie od ukamienowania. Lubił mówić co bardzo mnie cieszyło. Opowiadał historie ze swojego życia, a ja uważnie słuchałam. Jego młodość nie należała do spokojnych. Dużo walczył. Czemu ludzie walczą? Wystarczy jeden ważny "władca", który chce więcej ziemi i już. Zachłanność. Dlaczego ludziom tak często nie wystarcza to co mają? A często mają w nadmiarze? To nielogiczne. Czemu zamiast zająć się sobą atakują innych? Nudzi im się? Niech kupią duże puzzle... Egoistyczne dzieci...Hah, gdyby takie gadki jeszcze do nich trafiały. Naiwna. Silni zawsze będą robić co im się podoba. Szkoda tylko, że siła nie zawsze idzie w parze z inteligencją.
-O czym myślisz, panienko?-Spytał mnie "dziadek".
-Tak sobie...-Odpowiedziałam.-O władcach... Powodach do walki. Czemu... Czemu ludzie walczą? Czemu nie mogą się dogadać? Czy mało bólu jest na tym świecie?- Pytałam patrząc w okno. Zdziwiłam się, gdy poczułam dotyk ciepłej, dużej dłoni na głowie.
-Ludzie zapominają o bólu, którego doświadczyli ich przodkowie, panienko. Od czasu do czasu budzi się w nich chciwe, egoistyczne zwierzę i bardzo szybko przypomina przeszłość.
-To nieprzerwane koło. Mężczyźni są tacy głupi... Zamiast zostać w domu, pilnować władnych interesów to oni uganiają się za nie wiadomo czym... Ilu przez to traci bliskich? Ile dzieci staje się sierotami? Ile matek traci ojców swoich dzieci? Ile kobiet traci ukochanych? Ilu mężów żony... Ilu ojców córki. Ile matek synów.
-Panienko i kobieta może być powodem walki.
-Ale nie wojny!-Zaprzeczyłam gwałtownie.
-Krótko żyjesz.-Nadęłam lekko policzki. Czy mężczyzna u władzy naprawdę jest gotowy poświęcić życie swego królestwa, by odzyskać ukochaną? Czy kobieta naprawdę zamiast wybrać krąży wywołując takie sytuacje? A jeśli wybierze... Czy mężczyzna naprawdę jest tak głupi, że myśli, że przez walkę ona go pokocha?! Co za głupota, debilizm!!-Świat nie jest idealny, ludzie są wadliwi, łatwiej im powielać gorsze wzorce, bo są łatwiejsze.
-Siłowe rozwiązania i tak nic nie dają.
-A czy jeśli Madara urzeczywistni swój plan to będzie to takie złe?-Spytał nagle.
-Oczywiście, że tak!-Zareagowałam gwałtownie.
-Pomyśl.-Rozkazał spokojnie.-W tej iluzji ty będziesz przy ukochanym. Ojcowie i matki odzyskają dzieci. Wszyscy uwięzieni w iluzji szczęścia.
-To nie będzie prawdziwe!
-Nie będziesz tego świadoma.-Zagryzłam usta.- Moja rodzina. Itachi. Moje dziecko. Akatsuki... Tak bardzo chciałabym, by te beztroskie dni powróciły. Tak bardzo chciałabym znów, być otoczona przez ciepło jakie mi zapewnialiście.
-T-to nie jest rozwiazan-nie.-Odwróciłam głowę. Nie chciałam na niego patrzeć. Lepiej żyć w iluzji szczęścia czy w tym raniącym, wadliwym świecie? Gdyby wygrali... Ja znów miałabym wszystko czego pragnę.-Pan znów miałby przy sobie całą rodzinę... Syna, przyjaciół.
-Może byłbym znowu młody, zdrowy...
-Ta iluzja jest jak nałożenie na cały świat choroby psychicznej.-Syknęłam.-Nikt nie będzie znał prawdy. Każdy w kłamstwie... Bezbronny wobec oszustwa! Nigdy się na to nie zgodzę!-Nie odpowiedział mi. Zamyślił się. Czy naprawdę byłby skłonny zgodzić się na coś takiego? Gdzie tu wolna wola? Choć... Gdyby tak pomyśleć... Skąd wiemy, że teraz, w tej chwili nie żyjemy w iluzji? Czy naprawdę jesteśmy wolni? Skąd wiemy, że tak naprawdę nie jesteśmy przez kogoś kierowani? Skąd? A jeśli to wszystko to po prostu zabawa? Kogoś komu się nudzi... Jeśli to ja żyję w iluzji? Jestem tylko pionkiem? Ja czuj, lecz skąd wiem, że to wszystko dookoła mnie, ludzie to nie jest tylko wyobrażenie, nędzna iluzja? Zabawa? Czy ktoś naprawdę ma tak czarny humor, że układa takie "scenariusze życia"? Choć... Wyobraźnia jest podobno nieograniczona, a jeśli jestem tylko pionkiem to... Co ja kogoś tam obchodzę? Ogląda... Bez przywiązania, sentymentu, niczego. Jeśli jestem dla kogoś taką zabawką jak małpka w cyrku dla publiczności? Czy "to" czuje? Krzyczy, bo naprawdę go coś boli czy to tylko taki odruch? Hah... Oszaleję! Tak bardzo chciałabym wierzyć! Że to wszystko nie jest tylko bezsensowną grą... Że gdy stanie mi serce... Po prostu nie zniknę. Jak to jest "znikać"? Po prostu cię nie ma. Nie ma nic!!
-Już późno. Kurenai będzie się o ciebie martwić.-Mężczyzna znów dotknął mojej głowy. Pożegnaliśmy się i wyszłam. Zamyślona szybko wróciłam do domu kunoichi.
-Coś się stało?-Spytała w czasie kolacji.
-Kurenai, wiesz co się dzieje z twoim narzeczonym?-Spytałam. Cóż, zapomniałam imienia. Odłożyła miskę na blat i spojrzała na mnie zdziwiona.-W sensie... Zaświaty? I wgl.. Wierzysz w to? Że, gdy umrzemy to nie znikniemy ot tak... Tylko będzie coś "po"?-Uśmiechnęła się do mnie lekko.
-Kryzys wiary?
-Załóżmy.-Spojrzałam w resztki ryżu. Jestem pełna...
-Wierzę. Sądzę, że nawet jeśli mnie nie obserwuje to czeka. "Tam".-Uśmiechnęłam się delikatnie. Czeka...  Wyobraziłam sobie Itachiego, liderka, Sasoriego, Hidana, Deidarę itd. w białych płaszczach i skrzydełkach, który siedzą na chmurce z głowami w dół i mi się przyglądają. Co za głupie i niedojrzałe myśli... Takie pozytywne. Aniołki. Moje stróże. Oh, gdybym powiedziała to Kurenai... Przestępcy ze skrzydełkami. *Oj, Ai, jesteś takim dzieckiem.* Mój wzrok padł na resztkę posiłku. *No to bądź grzeczną dziewczynką i dojedz kolację.*
__
Wiem, że krótkie i złe... Wińcie mangę!!
I mój brak kreatywności ;_;